piątek, 20 marca 2009

Laponia

Nareszcie znalazłem trochę czasu na napisanie notki z mojego zeszłotygodniowego wyjazdu do Laponii. Widziałem renifery i św. Mikołaja, dużo śniegu, ale niestety nie doświadczyłem dużego mrozu i nie było zorzy polarnej :(. Niemniej jednak cały wyjazd mogę zaliczyć do udanych.
Wycieczka rozpoczęła się w piątek i trwała do poniedziałku - głównie ze względu na długi czas podróży - piątek i poniedziałek niemalże w całości spędziliśmy w autokarze. Swoją drogą trochę nie wiem dlaczego nie wyjechaliśmy z Joensuu w nocy - pewnie bylibyśmy wcześniej. Z drugiej strony główną atrakcją Laponii jest przyroda i bezbrzeżne pustkowie, a także możliwości robienia wielu ciekawych rzeczy (np. w lecie rower i piesze wędrówki, w zimie narty i skutery śnieżne). W związku z tym mało jest obiektów do zwiedzania sensu stricte, chodzi bardziej o to, żeby "doświadczyć" tą krainę. Mi się podobało i zamierzam tam jeszcze wrócić na dłużej - na ile pozwoli mi czas i pieniądze. Ze względu na tą specyfikę te kilka dni spędzone w Laponii wystarczyły, choć z pewnością pozostawiły pewien niedosyt.

Dzień pierwszy
W piątek mieliśmy przystanek w Rovaniemi, gdzie widzieliśmy muzeum arktyczne. Część, dotycząca Arktyki jako krainy i przyrody jest przedstawiona interaktywnie - tzn. można dotknąć futra renifera, poczuć mroźny wiatr itd., a informacje przedstawiane są w formie filmów i slajdów. Generalnie wszystko podane dosyć ciekawie, chociaż bez przesady - jakiegoś szczególnego wrażenia na mnie to muzeum nie zrobiło.
Etnograficzna część jest już "tradycyjna" tzn. możemy zobaczyć tradycyjne stroje eskimosów, przedmioty, których używają itd. - generalnie nic specjalnego. Swoją drogą przez cały wyjazd towarzyszyło mi zmęczenie zwiedzaniem i najlepiej wspominam dwa środkowe dni ze względu na aktywne ich spędzenie. Po wizycie w muzeum pojechaliśmy dalej do Hanhimaa - wioski na północy, w której mieliśmy spać.
Nasz "hostel" okazał się być wiejskim domem z dwoma wielkimi pokojami, wypełnionymi łóżkami piętrowymi. W każdym z owych pokoi spało ok. 20 osób, więc o jakiejkolwiek intymności nie mogło być mowy. Z drugiej strony tego typu atmosfera sprzyja imprezom, tym większe było więc moje zdziwienie, kiedy po powrocie z sauny, ok. 1 nic się nie działo. Wszyscy leżeli grzecznie w łóżkach i spali, albo czytali książki - to najdobitniej świadczy o tym, jak męcząca była podróż.

Dzień drugi
Drugiego dnia wszyscy pojechaliśmy do pobliskiego Levi ski resort. Było to jedyne miejsce w okolicy, gdzie możnaby "coś" robić, a ze względu na wielkość kurortu propozycji było dużo. Rankiem, przekonany byłem o bezsensowności wybrania się na narty (przecież to mogę robić w Koli za mniejsze pieniądze!), ale po pieszym wejściu na górę ogarnęła mnie bezgraniczna ochota na zjazd. Została ona zaspokojona następnego dnia. Siedząc w restauracji na szczycie, jedząc przygotowane wcześniej kanapki (Pani była niepocieszona, że nagle weszło 20 osób, zajęło pół restauracji i nic nie zamówiło, jedząc własne produkty) zdecydowaliśmy, że spróbujemy pojeździć na skuterach śnieżnych. Wypożyczenie dwuosobowego wehikułu na 3 godziny kosztowało coś koło 80 euro - biorąc sprzęt na 4 osoby każdy mógł spędzić na nim 1,5h, pokierować przez 45 minut i zapłacić ponad 20 euro - zdecydowaliśmy że kwotę taką możemy zaakceptować. Jak się potem okazało, warto było - jazda jest niesamowitym przeżyciem (szczególnie po zamarzniętym jeziorze z prędkością oscylującą w granicach 100 km/h). Krótki czas podróży pozostawił jednak we mnie pewien niedosyt (może dlatego, że się zgubiliśmy i szukając trasy, wróciliśmy tą samą drogą) i pragnienie wypożyczenia skutera na cały dzień - kiedyś, jak będę bogaty, to powtórzę to doświadczenie:)
Wieczorem, tradycyjna sauna (w zeszłym tygodniu byłem w saunie codziennie prócz poniedziałku - przejąłem już fińskie zwyczaje :)). Tym razem trochę pograliśmy w karty, potem w pijackie gry i położyliśmy się spać dosyć późno - imprezy jednak sensu stricte nie było.

Dzień trzeci
Niedziela przyniosła wizytę w lodowym hotelu i narty:) Na początku trochę irytował mnie długi czas jazdy (z Hanhimaa do lodowego hotelu jechaliśmy ponad godzinę) i zastanawiałem się czy warto tak opóźniać wejście na stok dla kupy śniegu. Jak się później okazało - warto. Lodowy hotel jest corocznie budowany w październiku (albo listopadzie - nie pamiętam) i funkcjonuje do kwietnia. Na początku usypuje się wielką górę, w której następnie drąży się korytarze i pokoje. Są one niewielkie, niemniej rzeźby (szczególnie w najładniejszych z nich) robią duże wrażenie. Ponadto jest tam duży ice bar i restauracja (tym bardziej żałowałem wizyty w klitce w Helsinkach - tutaj naprawdę było dużo przestrzeni). Wszędzie panuje temperatura ok. -5 stopni, ale jak zapewniał nasz przewodnik, wszyscy dobrze śpią, a jedzenie w restauracji i picie w barze jest możliwe. Nocleg w hotelu kosztuje coś koło 125 euro/os. - kiedyś sprawdzę czy miał rację;). Tymczasem trudno jest opisać tą atrakcję - mam sporo zdjęć, ale i one nie oddadzą wrażenia, które wywarła na mnie ta budowla (choć z zewnątrz jest to po prostu góra śniegu).
Następnie, jak już wspomniałem poszedłem na narty. Stoki są znacznie dłuższe niż w Koli, cały kurort obsługuje 17 wyciągów, więc jazda była też znacznie ciekawsza - nie zjeżdzałem jedną trasą więcej niż dwa razy. Widoki z góry, również były niesamowite - przede mną roztaczała się rozległa równina, porośnięta drzewami i poprzecinana gdzieniegdzie jeziorami i rzekami. Poza Levi nie było widać żadnych zabudowań, co również robiło niesamowite wrażenie. Narty na tyle mi się spodobały, że jeździłem od 13 do 20 bez przerwy na posiłek. W konsekwencji, jak tylko wróciliśmy położyłem się na moją tradycyjną, przedimprezową drzemkę (godzina snu między 20 i 21 - prawie zawsze tak robię przed wyjściem, również w Joensuu), z której po kilkudziesięciu minutach obudziły mnie koleżanki (kolacja była już gotowa). Kontynuując sen po kolacji wstałem koło 1 (to najlepiej świadczy o skali zmęczenia), po czym poszedłem do sauny i widząc, że nic się nie dzieje - spać.

Dzień czwarty
W dniu powrotu odwiedziliśmy wioskę świętego Mikołaja i zoo ze zwierzętami arktycznymi. Wioska świętego Mikołaja generalnie okazała się tym, czym się spodziewałem, czyli totalną komercją (najbardziej mi się podobała mi się możliwość podania kilku adresów, pod które św. Mikołaj wyśle listy - za 6 euro). Nie wiem, jaki sens ma podniecanie się przebranym brodaczem i kilkoma domkami z drewna w których są sklepy. Owszem, sam "dom" św. Mikołaja ma jakieś niby atrakcje (tzn. jest ciemno, gra nastrojowa muzyka i są olbrzymie wahadła, sterujące Ziemią), jednak nie jest to nic specjalnego. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy nie dałoby się wybudować pod Lublinem małego centrum handlowego z pamiątkami, posadzić tam przebranego brodacza i głosić wszem i wobec, że tu mieszka "polski" św. Mikołaj ;). Niemniej, jestem pełem podziwu dla zmysłu marketingowego Finów, że z czegoś takiego zrobili wielką atrakcję turystyczną.
Bardziej podobało mi się Ranua Zoo ze zwierzętami arktycznymi. Wybudowane było w sposób, umożliwiający zwierzętom większą swobodę - klatki w dużej mierze są po prostu ogrodzonym siatką terenem, nad którym przerzucono drewniane kładki. Trochę przypomina to "zoo" w Białowieży, jednak w dużo większej skali. Tam właśnie widziałem z bliska misia polarnego, wilka polarnego i renifery. Poza tym mnóstwo innych zwierzątek, między innymi wydrę, która porwała aparat koleżanki, łosia, lisa polarnego i mnóstwo ptaków. Mi najbardziej podobał się chyba lis polarny i niedźwiedź polarny, który z bliska robił duże wrażenie. Jeżeli chodzi o renifery, to mnóstwo farm widzieliśmy po drodze i rzeczywiście nie są one w Laponii niczym szczególnym. Mięsa z tego zwierzęcia jeszcze nie spróbowałem - ale na pewno zrobię to w czasie mojego pobytu tutaj.
Wracając trafiło mi się najgorsze miejsce w autokarze (co wrażliwszych czytelników proszę o przerwanie czytania - ale muszę się wyżyć, a blog wydaje się dobrym miejscem:)) - siedziałem bowiem przed brzydką, grubą i zakompleksioną angielką, która nie dość, że całą drogę się darła piskliwym głosem, to jeszcze nie pozwalała mi opuszczać fotela. Na domiar złego, fotele w autokarze w pozycji całkowicie pionowej były strasznie niewygodne - w efekcie całą drogę kręciłem się, nie mogąc zasnąć, ani znaleźć wygodnej pozycji. Każda próba opuszczenia oparcia, choćby o centymetr kończyła się natarczywym waleniem w nie, i nakazem podniesienia go spowrotem. Ze względu na to, że opuszczenie oparcia wcale nie było strasznie dokuczliwe dla osoby, siedzącej z tyłu (dziewczyny przed nami miały opuszczone prawie do końca), domniemuję, że zachowanie angielki powodowane było wyłącznie złośliwością. Ponadto, nie miałem ze sobą książki (brakowało mi miejsca w torbie, a wcześniejsze doświadczenia wskazywały, że i tak jej nie otworzę), co spowodowało, że w podróży powrotnej strasznie się wynudziłem i wróciłem do Joensuu trochę zły.

To tyle na temat Laponii, pozostała mi do opisania jeszcze wycieczka z zeszłego czwartku. Na razie czeka mnie nauka w Joensuu - może to i dobrze, bo śnieg i lodowiska się topią, temperatura jest powyżej 0, więc nie wiem, czy jest tutaj coś do roboty w taką pogodę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz