piątek, 17 kwietnia 2009

Nie sądziłem, że kiedykolwiek...

będę świętował napisanie ostatniego egzaminu w roku akademickim na nartach:) A tymczasem w Joensuu śnieg pada, temperatura oscyluje wokół 0, a jutro w Koli zapowiadają się świetne warunki:) W związku z tym, że to już zakończenie sezonu, stwierdziłem, że mogę sobie jutro pozwolić na wyjazd na narty, zwłaszcza że do skończenia pozostało mi 0,5 (a nawet 0,3-0,4) eseju i dwa zadania, czyli przy dobrej wenie, jest szansa na zakończenie do wieczora:) Przyszły tydzień to już tylko zwiedzanie, załatwianie i przygotowywanie się do powrotu. W przyszły wtorek Sztokholm, a w sobotę jestem w Polsce:) Trochę mi się nie chce wracać, z drugiej strony już nie jest tak fajnie jak na początku.

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Święta, święta i po świętach...

Święta w Joensuu przebiegły spokojnie, acz relaksująco. Wczoraj zjedliśmy z Polakami duży obiad z kurczakiem i ziemniakami, mnóstwem sałatek i ciast. Potem kilka drinków i filmów. Dzisiaj w lany poniedziałek rano dojadaliśmy resztki z wczorajszego obiadu. Potem spacer w lesie i przejażdżka rowerem. W sumie bardzo świątecznie i się najadłem, chyba pierwszy raz od przyjazdu. No i trochę odpocząłem i zrelaksowałem się po pisaniu:) Poza tym ostatnio skupiłem się na nauce, żeby skończyć wszystko do piątku, a potem mieć 10 dni wolnego. Szczególnie Wielki Tydzień upłynął mi pod znakiem pisania i pracy. Świąt w Finlandii szczególnie się nie czuje - poza tym że wszystko pozamykane. Niemniej, dekoracji jest mało (ja mam tylko bazie w pokoju), na ulicach nic nie widać. Leży dużo śniegu, więc bardziej wygląda to jak Boże Narodzenie, chociaż jest już ciepło i śnieg zaczyna w szybkim tempie znikać.
Już powoli zaczynam odczuwać koniec - mam nadzieję że po egzaminie w piątek (ew. wieczorem jak dokończę esej) będę mógł powiedzieć, że skończyłem swoje zajęcia w Joensuu. Potem tylko formalności, ostatnie zwiedzanie i powrót:)

środa, 8 kwietnia 2009

Kupiłem bilet

Dziś kupiłem bilet na powrót na 2 maja. Więc już wiem dokładnie, że mój pobyt tutaj zakończy się 3-dniową wizytą w Sztokholmie i bezpośrednio stamtąd lecę do Polski. Nie jest mi już teraz tak żal, że muszę wracać - trochę już chyba zmęczyłem się specyficznym, erasmusowym trybem życia, trochę przejadają mi się imprezy i nicnierobienie. Z drugiej strony ciarki mnie przechodzą na myśl o rzeczach, które muszę zrobić po powrocie - o szukaniu pracy i o pustce jaka może w związku z tym pojawić się w moim życiu - mam nadzieję, że proces ten nie będzie trwał zbyt długo.

Święta się zbliżają, ale ja tego nie czuję - jakoś nie są tu one strasznie obchodzone - dziś np. dostałem zaproszenie na czwartkowe karaoke. Poza tym (jak już Iza pisała zresztą) nie ma tu żadnych dekoracji w sklepach i całej tej przedświątecznej szopki - życie toczy się własnym rytmem. Na pewno zorganizujemy sobie w niedzielę świąteczny obiad, ale wątpię, żeby poza tym coś się działo. Ja dziś sobie uświadomiłem też, że wcale nie mam tak dużo czasu na napisanie swojego ostatniego "papera" i przygotowanie się do egzaminu, który jest już za tydzień w piątek. Więc mój plan na wolne dni koncentruje się na myśleniu o uczelni i ewentualnym poszukiwaniu pracy.

czwartek, 2 kwietnia 2009

Ostatnie dni w Joensuu

Ostatnio niewiele się dzieje - tzn. przedwczoraj wysłałem 2 eseje, zamykając pewien etap mojego pobytu tutaj. Już mi niewiele czasu i nauki zostało. Poza tym niewiele się dzieje, imprez jakby trochę mniej, ale może to i lepiej, bo już czuję przesyt trochę. Jeszcze kilka prac domowych do oddania, 1 egzamin, może 1 "paper" do napisania (jak mi się będzie chciało) i powrót. Na razie na najbliższy weekend nastawiam się na jakieś zwiedzanie, zobaczymy co wyjdzie - Kuopio pewnie. Ostatni weekend to wizyta w Koli (bez nart, za to z przepięknymi widokami). Pogoda ostatnio się poprawiła, więc mam nadzieję trochę odpocząć na świeżym powietrzu w weekend.

poniedziałek, 23 marca 2009

Krótka notka z weekendu

Ponieważ mam ambitny plan nie włączania już dzisiaj komputera (jutro rano egzamin, a materiały do nauki mam podrukowane), to krótko napiszę o weekendzie. Otóż do Joensuu zawitała wiosna ;) Śniegu starego i twardego leży jeszcze dużo, ale powoli topnieje i wszędzie jest mokro. Zieleni jak nie było tak nie ma, gdzieniegdzie tylko trawa w sraczkowatym kolorze wystaje na chodnik (tam, gdzie odśnieżone), na normalnej powierzchni dalej leży kilkadziesiąt centymetrów brudnego śniegu. Ale z drugiej strony dzisiaj trzeci dzień z rzędu świeciło słońce (chyba pierwsza taka seria, odkąd tu jestem) i jest już z tego powodu trochę ładniej.

W weekend usiłowałem pisać swoją pracę zaliczeniową (paper??), ale średnio mi to wyszło, głównie ze względu na nieumiejętność skupienia uwagi na jednej rzeczy. Więc w sobotę wybrałem się na przejażdżkę rowerową na drugi koniec miasta po notatki (w sumie ok. 1,5-2h na rowerze rekreacyjnym tempem), a w niedzielę robiliśmy grilla na wyspie Utra nieopodal naszego osiedla. Generalnie, chyba pierwszy raz byłem na grillu na którym było z 50 osób (jak nie więcej), ale pogoda dopisała i było w miarę fajnie.

Przede mną ciężki tydzień, jutro mam zajęcia od 8 do 20 bez przerwy (prawie jak moje wtorki na sghu), pojutrze do 19 z godzinną przerwą. Tydzień zapowiada się więc bardzo męcząco, ale jeśli uda mi się skończyć pracę i napisać inną (krótszą) to będę miał trochę luzu do świąt.

piątek, 20 marca 2009

Laponia

Nareszcie znalazłem trochę czasu na napisanie notki z mojego zeszłotygodniowego wyjazdu do Laponii. Widziałem renifery i św. Mikołaja, dużo śniegu, ale niestety nie doświadczyłem dużego mrozu i nie było zorzy polarnej :(. Niemniej jednak cały wyjazd mogę zaliczyć do udanych.
Wycieczka rozpoczęła się w piątek i trwała do poniedziałku - głównie ze względu na długi czas podróży - piątek i poniedziałek niemalże w całości spędziliśmy w autokarze. Swoją drogą trochę nie wiem dlaczego nie wyjechaliśmy z Joensuu w nocy - pewnie bylibyśmy wcześniej. Z drugiej strony główną atrakcją Laponii jest przyroda i bezbrzeżne pustkowie, a także możliwości robienia wielu ciekawych rzeczy (np. w lecie rower i piesze wędrówki, w zimie narty i skutery śnieżne). W związku z tym mało jest obiektów do zwiedzania sensu stricte, chodzi bardziej o to, żeby "doświadczyć" tą krainę. Mi się podobało i zamierzam tam jeszcze wrócić na dłużej - na ile pozwoli mi czas i pieniądze. Ze względu na tą specyfikę te kilka dni spędzone w Laponii wystarczyły, choć z pewnością pozostawiły pewien niedosyt.

Dzień pierwszy
W piątek mieliśmy przystanek w Rovaniemi, gdzie widzieliśmy muzeum arktyczne. Część, dotycząca Arktyki jako krainy i przyrody jest przedstawiona interaktywnie - tzn. można dotknąć futra renifera, poczuć mroźny wiatr itd., a informacje przedstawiane są w formie filmów i slajdów. Generalnie wszystko podane dosyć ciekawie, chociaż bez przesady - jakiegoś szczególnego wrażenia na mnie to muzeum nie zrobiło.
Etnograficzna część jest już "tradycyjna" tzn. możemy zobaczyć tradycyjne stroje eskimosów, przedmioty, których używają itd. - generalnie nic specjalnego. Swoją drogą przez cały wyjazd towarzyszyło mi zmęczenie zwiedzaniem i najlepiej wspominam dwa środkowe dni ze względu na aktywne ich spędzenie. Po wizycie w muzeum pojechaliśmy dalej do Hanhimaa - wioski na północy, w której mieliśmy spać.
Nasz "hostel" okazał się być wiejskim domem z dwoma wielkimi pokojami, wypełnionymi łóżkami piętrowymi. W każdym z owych pokoi spało ok. 20 osób, więc o jakiejkolwiek intymności nie mogło być mowy. Z drugiej strony tego typu atmosfera sprzyja imprezom, tym większe było więc moje zdziwienie, kiedy po powrocie z sauny, ok. 1 nic się nie działo. Wszyscy leżeli grzecznie w łóżkach i spali, albo czytali książki - to najdobitniej świadczy o tym, jak męcząca była podróż.

Dzień drugi
Drugiego dnia wszyscy pojechaliśmy do pobliskiego Levi ski resort. Było to jedyne miejsce w okolicy, gdzie możnaby "coś" robić, a ze względu na wielkość kurortu propozycji było dużo. Rankiem, przekonany byłem o bezsensowności wybrania się na narty (przecież to mogę robić w Koli za mniejsze pieniądze!), ale po pieszym wejściu na górę ogarnęła mnie bezgraniczna ochota na zjazd. Została ona zaspokojona następnego dnia. Siedząc w restauracji na szczycie, jedząc przygotowane wcześniej kanapki (Pani była niepocieszona, że nagle weszło 20 osób, zajęło pół restauracji i nic nie zamówiło, jedząc własne produkty) zdecydowaliśmy, że spróbujemy pojeździć na skuterach śnieżnych. Wypożyczenie dwuosobowego wehikułu na 3 godziny kosztowało coś koło 80 euro - biorąc sprzęt na 4 osoby każdy mógł spędzić na nim 1,5h, pokierować przez 45 minut i zapłacić ponad 20 euro - zdecydowaliśmy że kwotę taką możemy zaakceptować. Jak się potem okazało, warto było - jazda jest niesamowitym przeżyciem (szczególnie po zamarzniętym jeziorze z prędkością oscylującą w granicach 100 km/h). Krótki czas podróży pozostawił jednak we mnie pewien niedosyt (może dlatego, że się zgubiliśmy i szukając trasy, wróciliśmy tą samą drogą) i pragnienie wypożyczenia skutera na cały dzień - kiedyś, jak będę bogaty, to powtórzę to doświadczenie:)
Wieczorem, tradycyjna sauna (w zeszłym tygodniu byłem w saunie codziennie prócz poniedziałku - przejąłem już fińskie zwyczaje :)). Tym razem trochę pograliśmy w karty, potem w pijackie gry i położyliśmy się spać dosyć późno - imprezy jednak sensu stricte nie było.

Dzień trzeci
Niedziela przyniosła wizytę w lodowym hotelu i narty:) Na początku trochę irytował mnie długi czas jazdy (z Hanhimaa do lodowego hotelu jechaliśmy ponad godzinę) i zastanawiałem się czy warto tak opóźniać wejście na stok dla kupy śniegu. Jak się później okazało - warto. Lodowy hotel jest corocznie budowany w październiku (albo listopadzie - nie pamiętam) i funkcjonuje do kwietnia. Na początku usypuje się wielką górę, w której następnie drąży się korytarze i pokoje. Są one niewielkie, niemniej rzeźby (szczególnie w najładniejszych z nich) robią duże wrażenie. Ponadto jest tam duży ice bar i restauracja (tym bardziej żałowałem wizyty w klitce w Helsinkach - tutaj naprawdę było dużo przestrzeni). Wszędzie panuje temperatura ok. -5 stopni, ale jak zapewniał nasz przewodnik, wszyscy dobrze śpią, a jedzenie w restauracji i picie w barze jest możliwe. Nocleg w hotelu kosztuje coś koło 125 euro/os. - kiedyś sprawdzę czy miał rację;). Tymczasem trudno jest opisać tą atrakcję - mam sporo zdjęć, ale i one nie oddadzą wrażenia, które wywarła na mnie ta budowla (choć z zewnątrz jest to po prostu góra śniegu).
Następnie, jak już wspomniałem poszedłem na narty. Stoki są znacznie dłuższe niż w Koli, cały kurort obsługuje 17 wyciągów, więc jazda była też znacznie ciekawsza - nie zjeżdzałem jedną trasą więcej niż dwa razy. Widoki z góry, również były niesamowite - przede mną roztaczała się rozległa równina, porośnięta drzewami i poprzecinana gdzieniegdzie jeziorami i rzekami. Poza Levi nie było widać żadnych zabudowań, co również robiło niesamowite wrażenie. Narty na tyle mi się spodobały, że jeździłem od 13 do 20 bez przerwy na posiłek. W konsekwencji, jak tylko wróciliśmy położyłem się na moją tradycyjną, przedimprezową drzemkę (godzina snu między 20 i 21 - prawie zawsze tak robię przed wyjściem, również w Joensuu), z której po kilkudziesięciu minutach obudziły mnie koleżanki (kolacja była już gotowa). Kontynuując sen po kolacji wstałem koło 1 (to najlepiej świadczy o skali zmęczenia), po czym poszedłem do sauny i widząc, że nic się nie dzieje - spać.

Dzień czwarty
W dniu powrotu odwiedziliśmy wioskę świętego Mikołaja i zoo ze zwierzętami arktycznymi. Wioska świętego Mikołaja generalnie okazała się tym, czym się spodziewałem, czyli totalną komercją (najbardziej mi się podobała mi się możliwość podania kilku adresów, pod które św. Mikołaj wyśle listy - za 6 euro). Nie wiem, jaki sens ma podniecanie się przebranym brodaczem i kilkoma domkami z drewna w których są sklepy. Owszem, sam "dom" św. Mikołaja ma jakieś niby atrakcje (tzn. jest ciemno, gra nastrojowa muzyka i są olbrzymie wahadła, sterujące Ziemią), jednak nie jest to nic specjalnego. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy nie dałoby się wybudować pod Lublinem małego centrum handlowego z pamiątkami, posadzić tam przebranego brodacza i głosić wszem i wobec, że tu mieszka "polski" św. Mikołaj ;). Niemniej, jestem pełem podziwu dla zmysłu marketingowego Finów, że z czegoś takiego zrobili wielką atrakcję turystyczną.
Bardziej podobało mi się Ranua Zoo ze zwierzętami arktycznymi. Wybudowane było w sposób, umożliwiający zwierzętom większą swobodę - klatki w dużej mierze są po prostu ogrodzonym siatką terenem, nad którym przerzucono drewniane kładki. Trochę przypomina to "zoo" w Białowieży, jednak w dużo większej skali. Tam właśnie widziałem z bliska misia polarnego, wilka polarnego i renifery. Poza tym mnóstwo innych zwierzątek, między innymi wydrę, która porwała aparat koleżanki, łosia, lisa polarnego i mnóstwo ptaków. Mi najbardziej podobał się chyba lis polarny i niedźwiedź polarny, który z bliska robił duże wrażenie. Jeżeli chodzi o renifery, to mnóstwo farm widzieliśmy po drodze i rzeczywiście nie są one w Laponii niczym szczególnym. Mięsa z tego zwierzęcia jeszcze nie spróbowałem - ale na pewno zrobię to w czasie mojego pobytu tutaj.
Wracając trafiło mi się najgorsze miejsce w autokarze (co wrażliwszych czytelników proszę o przerwanie czytania - ale muszę się wyżyć, a blog wydaje się dobrym miejscem:)) - siedziałem bowiem przed brzydką, grubą i zakompleksioną angielką, która nie dość, że całą drogę się darła piskliwym głosem, to jeszcze nie pozwalała mi opuszczać fotela. Na domiar złego, fotele w autokarze w pozycji całkowicie pionowej były strasznie niewygodne - w efekcie całą drogę kręciłem się, nie mogąc zasnąć, ani znaleźć wygodnej pozycji. Każda próba opuszczenia oparcia, choćby o centymetr kończyła się natarczywym waleniem w nie, i nakazem podniesienia go spowrotem. Ze względu na to, że opuszczenie oparcia wcale nie było strasznie dokuczliwe dla osoby, siedzącej z tyłu (dziewczyny przed nami miały opuszczone prawie do końca), domniemuję, że zachowanie angielki powodowane było wyłącznie złośliwością. Ponadto, nie miałem ze sobą książki (brakowało mi miejsca w torbie, a wcześniejsze doświadczenia wskazywały, że i tak jej nie otworzę), co spowodowało, że w podróży powrotnej strasznie się wynudziłem i wróciłem do Joensuu trochę zły.

To tyle na temat Laponii, pozostała mi do opisania jeszcze wycieczka z zeszłego czwartku. Na razie czeka mnie nauka w Joensuu - może to i dobrze, bo śnieg i lodowiska się topią, temperatura jest powyżej 0, więc nie wiem, czy jest tutaj coś do roboty w taką pogodę.

czwartek, 12 marca 2009

Po 2/3 mojego 10dniowego weekendu:)

Jak pisałem w poprzedniej notce, ostatnio intensywnie zwiedzam Finlandię. Jutro, o 6 rano wyjazd do Laponii, już nie mogę się doczekać, ale chcę również pokrótce opisać kilka poprzednich dni, póki wrażenia są w miarę świeże:). Ich intensywność mnie chyba dziś przytłoczyła nieco, ale na razie powoli zaczynam przezwyciężać zmęczenie. A więc od początku:


Helsinki 6-7 marca

Pomimo, że byłem w Helsinkach już drugi raz w czasie pobytu w Finlandii, zwiedzanie ich dostarczyło mi wiele przyjemności i niewiele atrakcji "zaliczyłem" po raz wtóry. W piątek, po odbiorze mojego gościa - Michała z lotniska pojechaliśmy wraz z Eriką, Kim i Mareiką (koleżankami, które zdecydowały się zwiedzać Helsinki z nami) do Suomenlinny - największej twierdzy morskiej w tej części Europy, znajdującej się na wyspach i do której płynęliśmy promem. Szczerze mówiąc, to właśnie forteca, ulokowana na skalistych wysepkach zrobiła na mnie największe wrażenie. Pogoda była w miarę ładna wieczorem, co pozwoliło docenić naturalne piękno skalistych wysepek. Stare mury, otoczone morzem, ze swoim labiryntem korytarzy robią naprawdę niesamowite wrażenie. Co ciekawe, na wyspie mieszka ok. 850 stałych mieszkańców, co wydaje mi się dziwne, zważywszy na to że prom do miasta kursuje co godzinę/pół godziny i w przypadku spóźnienia (co nam się przytrafiło;)) jest się uwięzionym na wyspie bez możliwości powrotu na stały ląd. Nie wyobrażam sobie życia w takim miejscu i naprawdę podziwiam śmiałków, którzy się na to odważyli. Po kilkugodzinnym bieganiu po skałkach w śniegu po kolana wróciliśmy do hotelu odpocząć, po czym udaliśmy się do lokalnego klubu. Z ciekawych spostrzeżeń, to kompletny brak umiejętności tańczenia u finów - czy muzyka jest szybka czy wolna, ruszają się w ten sam, pokraczny sposób. Ponadto, w barze była bójka i kilka stołów zostało wywróconych, po czym ochroniarze nie wyrzucili nikogo z baru, tylko rozdzielili krewkich imprezowiczów.

Następnego dnia mieliśmy spacer po Helsinkach wg zaplanowanej na podstawie przewodnika trasy (Jest plan i trzeba go zrealizować ;) - Petersburskie motto przyświecało nam i w Finlandii) - zobaczyłem więc wszystkie największe atrakcje, poczynając od katedry, a na niesamowitym pomniku Sibeliusa kończąc. Z rzeczy nieopisywanych wcześniej, warte wspomnienia wydaje się muzeum designu, które na mnie, miłośniku skandynawskiej prostoty, wywarło pewne wrażenie (ograniczone ze względu na mały rozmiar ekspozycji) - moje zamiłowanie do ładnych rzeczy znalazło wyraz w pragnieniu posiadania wielu przedmiotów stamtąd - urządzając własne mieszkanie wybiorę się pewnie do Finlandii, kupić nieco rzeczy z Marimekko czy Artek. Ponadto, widziałem Finlandia Talo - jeden z najważniejszych budynków Alvara Aalto - najważniejszego (przynajmniej z tego co się tutaj mówi) fińskiego architekta XX wieku, stadion olimpijski z wieżą z przepięknym widokiem, kościół i dzielnicę Kallio (w przewodniku napisane było, że ważna, dla mnie było to o tyle interesujące, że spacer tam pozwolił mi naprawdę poczuć atmosferę tego miasta) i wspomniany już pomnik Sibeliusa. Składał się on z wielu (kilkuset?) pospawanych w specyficzny sposób metalowych rur - jego modernistyczna prostota jest ciekawa, choć na pewno zwiedzający, nie będący miłośnikiem sztuki nowoczesnej (;)) będzie zawiedzony. Wieczorem odwiedziliśmy jeszcze Ice bar, który okazał się większą lodówką, za wejście do której zapłaciliśmy 10 euro, więc, jeżeli będziecie kiedykolwiek zastanawiać się czy warto odwiedzić Ice-bar w Helsinkach, odpowiedź brzmi "Nie". Wracając helsińskim tramwajem z wizyty przy pomniku Sibeliusa, poszliśmy jeszcze na prawosławną mszę, zobaczyć wnętrze Soboru Uspieńskiego. Po moskiewskich i petersburskich świątyniach, nie zrobiło to na mnie specjalnego wrażenia, ale mogę powiedzieć, że Sobór Uspieński w Helsinkach został "zaliczony". Więcej ciekawych miejsc, wartych opisania na razie nie pamiętam.


Lahti, 8 marca

Niestety, po wynikach Adama Małysza w Kuopio, żałowaliśmy, że wybraliśmy Lahti na obejrzenie skoków narciarskich, ale i tak było ciekawie. Emocji dostarczyła nam bowiem Justyna Kowalczyk, której fantastyczne zwycięstwo i dekorację mieliśmy okazję oglądać. Niestety, nie grali hymnu, ale poczuliśmy się dumni z naszej biegaczki, kiedy ona widząc polską flagę na trybunach pomachała nam ręką w czasie dekoracji:) Było to niesamowite przeżycie, które wspominał będę bardzo długo. Po dwu-trzygodzinnej przerwie (dokładnie nie pamiętam), w czasie której mieliśmy okazję zjeść kiełbaski i przespacerować się po terenie zawodów, przyszedł czas na serię próbną. Skoki Polaków pozwalały mieć nadzieję na przyzwoity wynik, niestety, zarówno Łukasz Rutkowski, jak i Adam Małysz (przeszli do drugiej serii) spisali się niespecjalnie, zajmując miejsca w trzeciej dziesiątce. Po Polakach kibicowałem oczywiście Finom, niestety, prowadzący po pierwszej serii Harri Olli zepsuł drugi skok i nie dane nam było cieszyć się ze zwycięstwa wraz z gospodarzami. Największą, po Finach grupą narodową na trybunach byli oczywiście wąsaci Polacy, w dużej mierze robotnicy z okolicznych budów. O ile na zawodach nie przynosili nam wstydu swoim dopingiem i jakoś trzymali się na nogach, o tyle po nich musieliśmy się tłumaczyć za nich Niemce i Belgijce, co nie było zbyt przyjemne. Wracając widzieliśmy na dworcu i w mieście mnóstwo pijanych rodaków, obnoszących się ze swoją narodowością i zachowujących się w mało cywilizowany sposób. Nieudolne zamawianie biletów i zataczanie się jestem jeszcze w stanie znieść, ale szczytem wszystkiego było zgubienie polskiej flagi przez jednego z polaczków. Widok polskiej flagi, poniewierającej się po dworcowej podłodze, po której wszyscy chodzą, napełnił mnie wściekłością i z radością i przyjemnością wpierdoliłbym temu kto tą flagę zostawił (niestety nie widziałem chuja). Flagę oczywiście podnieśliśmy i na razie leży u mnie w pokoju i czeka aż będę miał czas ją uprać. Bardzo smutne jest to, że jesteśmy takim narodem i że musieliśmy się wstydzić za Polaków przed Niemką - jednocześnie nie dziwię się innym nacjom, traktującym Polaków z wyższością - jak ktoś sam się nie szanuje nie może wymagać szacunku od innych.

Innym ciekawym spostrzeżeniem był rosyjski skoczek narciarski (wg Michała był to Korniłow), siedzący w dworcowej poczekalni i pilnujący kilku kompletów nart - okazuje się, że rosyjscy skoczkowie (w tym pewnie brązowy medalista z Lahti - Dmitrij Wasiliew) podróżują pociągiem, pewnie dlatego, że nie stać ich na inny środek transportu - trochę to smutne.


Savonlinna - 9 marca

Savonlinna to miasto turystyczne nieopodal Joensuu, mekka wielbicieli sportów wodnych (to było w przewodniku;)). W zimie jednak miasteczko jest puste, wczasowiczów nie widać, a pewnie ze względu na kiepską pogodę (kiepska pogoda tutaj to zachmurzone niebo i ew. śnieg - deszcz tu nie pada, a ładna to mróz i świecące słońce - taka była w niedzielę na skokach), sprawiało ponure wrażenie. Kiedy poprosiliśmy o wskazanie atrakcji turystycznych w okolicy, pani w informacji turystycznej zaznaczyła nam muzeum (które niestety było zamknięte w poniedziałki), twierdzę Olavlinna i wyspę nieopodal. Wyspa rzeczywiście była urokliwa i zapewniała ładny widok na jezioro, natomiast, jak się okazało główną atrakcją miasta jest twierdza Olavlinna. Ze względu na wspomniane już pustki, byliśmy jedynymi zwiedzającymi i przemiła pani przewodnik oprowadzała nas dwóch po muzeum. Jest to ponoć największa atrakcja turystyczna w tej części Finlandii (czego nie dało się zaobserwować) i rzeczywiście wygląda to dość fajnie - sam zamek znajduje się na wyspie, ma grube mury, a jego architektura umożliwia łatwą obronę. Ponadto, jest on całkiem nieźle zachowany, co powoduje, że zwiedzanie jest dosyć długie i przyjemne - widzieliśmy różne izby i poznaliśmy życie codzienne mieszkańców twierdzy. Generalnie, muzeum jak muzeum, nie powiem, żeby zrobiło na mnie jakieś szczególne wrażenie. Nie zmienia to faktu, że Savonlinna w lecie, tętniąca życiem, musi być ciekawym i wartym odwiedzenia miastem - niestety nie będzie mi to dane.


Jyväskylä - 11 marca


Do Jyväskylä udaliśmy się głównie w celu obejrzenia najważniejszych budynków Alvara Aalto i zwiedzenia jego muzeum - to stąd wywodził się słynny architekt. Poza tym w mieście nie ma nic ciekawego - Pani w informacji turystycznej zaznaczyła nam kilka budynków, muzeum i była strasznie zdziwiona, jak jej powiedzieliśmy że mamy 3 godziny czasu (nie wiem czy to tylko czy aż). W każdym bądź razie, muzeum Alvara Aalto było dla mnie interesujące i tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że skandynawski design to jest to czym chciałbym otaczać się w przyszłości. Samo muzeum jest interaktywne i dość ciekawe, z rzutami, zdjęciami i historią najważniejszych budynków, poza tym znajdują się tam fajne meble, zaprojektowane przez niego wraz z żoną Aino (słynna designerka przedmiotów użytkowych). Pokazało mi głównie fakt, jak bardzo genialny architekt wyprzedził swoje czasy - krzesła, podobne do tych, zaprojektowanych przez niego w latach 30 stoją w pokoju w mieszkaniu moich rodziców, a kampus Uniwersytetu w Joensuu, którym tak zachwycałem się w jednym z pierwszych postów jest podobny do tego w Jyväskylä, autorstwa Alvara Aalto. Ponadto, wiele innych budynków, przypominało projekty tego architekta, których prostota jest piękna i nowoczesna. Do dnia dzisiejszego, architektura nowoczesnych budynków w Finlandii jest inspirowana jego projektami.
Poza muzeum i kilkoma budynkami w mieście nie było nic ciekawego, a niestety jako takie jest ono dość szare i brzydkie. Nie żałuję jednak wizyty w nim - warto było pojechać dla samego muzeum i możliwości dowiedzenia się czegoś więcej o najsłynniejszym fińskim architekcie.



PS. Ciekaw jestem, czy ktoś z czytelników doczytał posta do końca;)
PPS. Przepraszam za nieco chaotyczny styl, ale jestem już strasznie zmęczony, a za 3h wstaję na wycieczkę do Laponii, dlatego moją wczorajszą wyprawę do Ilomantsi i Mekrijärvi opiszę w następnym poście - i tak muszę to zrobić, żeby dostać 1 punkt ECTS, przysługujący mi za uczestnictwo w wycieczce.

piątek, 6 marca 2009

Czy to egzamin czy nimazge;)

Po pierwsze, przepraszam, że tak dawno nie pisałem, ale jakoś po powrocie z Polski wróciłem do normalnego Erasmusowego rytmu - i nic poza tym się nie działo. Byłem drugi raz na ice-swimming, tym razem dłużej i już nawet wchodziłem do wody po dwa razy - po saunie do przerębla, rundka dookoła placyku i z powrotem do wody oraz na snowshoeing - chodzi się na takich specjalnych rakietach po śniegu i niby się nie zapada - ja nie zauważyłem większej różnicy w porównaniu ze zwykłymi butami, może dlatego, że śnieg był świeży. Poza tym oczywiście codziennie imprezy - we wtorek sobie uświadomiłem, że po powrocie przez tydzień wychodziłem gdzieś naprawdę dzień w dzień, więc mówienie o codziennych imprezach Erasmusowych nie jest przesadą. Poza tym spłodziłem 1 esej, trochę się pouczyłem, sporo jeździłem na łyżwach i trochę grałem w hokeja. W każdym bądź razie nie robiłem nic stresującego ani wartego osobnej notki - a przynajmniej sobie nie przypominam.

Dziś z kolei pisałem swój pierwszy egzamin tutaj. U nas (nie wiem Iza, jak u Ciebie) większość egzaminów wygląda tak, że ma się pytania otwarte na które trzeba napisać "esej". Nie inaczej było i tym razem - mój egzamin był z przedmiotu "Economic Transformation in Russia" i trzeba było sobie wybrać 3 pytania z 4 i napisać na nie odpowiedź w formie eseju. Czas przeznaczony na egzamin to 4 godziny, więc spokojnie można było sobie wszystko przemyśleć - ja wyszedłem po prawie 3, a i tak byłem przedostatni na sali. W każdym bądź razie jest to bardziej męczące niż nowa matura (nie wiem jak stara:)) - ja napisałem 3 eseje (w sumie prawie 12 stron), jeden składający się z wyjaśnienia 3 pojęć (pierestroika, oligarcha i sektor strategiczny), drugi porównanie polityki gospodarczej za Jelcyna, Putina i Medwiediewa i trzeci, porównujący wpływ kryzysu 1998 i obecnego na gospodarkę rosyjską. Więc komparystyka porównawcza dotarła również do Finlandii;). A poważnie, to na tym przykładzie widać jak szerokie są to tematy i naprawdę można dużo na ten temat napisać. Ja po zakończeniu egzaminu nie miałem nawet siły zczytać swoich wypocin (może to wina wczorajszej imprezy z której wróciłem po 4), a zawsze to robię, jeżeli mam jeszcze czas. Tym razem postawiłem kropkę, szybko przeleciałem w myślach czy napisałem o wszystkim, co chciałem i oddałem kartki. W każdym bądź razie nie przypominam sobie tak wyczerpującego egzaminu na SGHu. Zobaczymy jaki będzie wynik, ale mam nadzieję, że za samą objętość zaliczę:P

I jeszcze dwa zdania o moich planach na najbliższe kilka dni, które zapowiadają się niesamowicie. Za 4h mam pociąg do Helsinek, gdzie spędzę 2 dni, oglądając rzeczy których nie widziałem (w pierwszej kolejności Suomenlinna, w drugiej kluby), w niedzielę do Lahti na puchar świata w skokach narciarskich i biegach (na skoczków już nie liczę, ale może Justyna Kowalczyk coś powalczy;)), potem trzy dni na zobaczenia Jyvaskyla i Savonlinna (ale to jeszcze zobaczymy), przyszły czwartek "study tour" do Ilomantsi i Mekrijarvi (generalnie wycieczka w ramach przedmiotu, do 14 zwiedzamy muzea, a potem ice - swimming, snowshoeing i narty biegowe na koszt uczelni;)), a potem piątek-poniedziałek jadę do LAPONII!!!!!! Już się nie mogę doczekać, w każdym bądź razie czeka mnie tydzień pełen wrażeń, na pewno zrobię masę zdjęć, ale z drugiej strony nie spodziewajcie się opisywania wszystkiego na bieżąco - chociaż postaram się to robić, ale obawiam się, że mogę nie mieć czasu. W każdym bądź razie życie tutaj toczy się intensywnie, jeszcze planuję za chwilę rozwiązać zadanie, potem może pójdę spać na godzinkę - półtorej i na pociąg:) Naprawdę nie mam czasu na nic, pomimo, że nauki jest nieporównywalnie mniej niż na mojej macierzystej uczelni.

poniedziałek, 16 lutego 2009

I jeszcze filmik

Z naszej poprzedniej imprezy, a propos policji:)

http://www.youtube.com/watch?v=HaO6pB7BD5A

Ice-swimming

Stwierdziłem, że wypada coś napisać przed moją krótką wycieczką do Polski. Tutaj jest tak fajnie, że aż nie chce mi się wracać, chociaż tu też czekają mnie niesamowite przeżycia i intensywny tydzień, ale również trudne decyzje. Może dlatego moje przygotowania do wyjazdu jeszcze się nie zaczęły, a powinny, zwłaszcza zważywszy na to, że jutro mam wykłady od 12 do 18. Może, aby trochę się odprężyć dziś zaprosiłem znajomych na wspólne robienie naleśników, a wcześniej byłem na ice-swimming. To taka typowo "fińska" rozrywka, tzn. wskakuje się do wyrąbanej w jeziorze przerębli (takiej większej, nasza była może 3x5 metrów, płynie kawałeczek, a potem idzie do sauny. Jak już się nagrzeje odpowiednio to wraca się do jeziorka i powtarza cały cykl. Jest to niesamowite uczucie, bardzo przyjemne (sauna sama w sobie nie jest aż tak fajna) i mógłbym tak siedzieć godzinami:) Poza tym wczoraj jedliśmy spaghetti u belgijek (wspólne weekendowe posiłki stały się już chyba tradycją, aż żal mi opuszczać następne:(), a potem wybrałem się na walentynkową imprezę w mieszkaniach. Dziwnym trafem tym razem nie było policji (poprzednio nagrali naszą imprezę, która była w jakiejś ichniejszej "interwencji" czy czymś takim), ale impreza była średnia (zwłaszcza w porównaniu ze środową, czwartkową i piątkową). Będzie mi tego brakować przez tydzień w Polsce. Na razie mnie przeraża góra naczyń w zlewie i jutrzejsze zajęcia:)

wtorek, 10 lutego 2009

Erasmus life

Moje życie ustabilizowało się tu i ułożyło w miarę regularny rytm, dlatego nic nie piszę. Codziennie wieczorem hokej/łyżwy, środa, czwartek i piątek impreza, w sobotę narty, a w niedzielę obiadki narodowe. Poza tym kilka wykładów, w wolnym czasie trochę sobie czytam, czasami napiszę jakiś esej. W każdym bądź razie w sobotę byłem na nartach swój drugi raz, tym razem zaliczyłem kilka bardziej efektownych upadków ;), ale i jazda była już znacznie lepsza. W niedzielę "finnish dinner", wbrew obawom Janne z Juho się postarali i jedzenie było naprawdę dobre, choć nie tak dużo jak u Francuzek tydzień wcześniej. Niedługo zaczyna się kolejka ponownie, a już ustaliliśmy że po moim powrocie z Polski to my z Tomkiem organizujemy "polish dinner". Poprzednio wszystko zrobiła Natalia, więc mam nadzieję że się nie skompromitujemy, zwłaszcza, że przywiozę trochę gotowych produktów. Jutro egzamin z fińskiego, niestety zupełnie nie wiem, czego się spodziewać, bo kobieta nie chciała nam dać żadnych wskazówek, dotyczących formy testu, a potem "pożegnanie Marie" - Francuzki która wraca do siebie na 3 tygodnie. W czwartek karaoke, a w piątek znowu jakieś urodziny (tu wygląda to tak, że na urodzinach jest średnio 100 osób i często nawet się za dobrze nie zna jubilata;)). Tym razem chyba narty w sobotę sobie odpuszczę ze względu na to, że chciałbym jak najwięcej rzeczy zrobić jeszcze przed wyjazdem, a poza tym muszę zrobić jakieś zakupy;). Generalnie życie ma swój rytm, co oczywiście nie oznacza, że jest nudno.

środa, 4 lutego 2009

Mój pierwszy raz na nartach:)

Ostatnio mało piszę strasznie, co nie znaczy że nic się nie dzieje. Po prostu skupiam się na innych rzeczach (w zeszłym tygodniu imprezy, w tym troszeczkę zacząłem się uczyć). W sobotę byliśmy ze znajomymi na nartach w Parku Narodowym Koli (przepiękne miejsce ok. godzinę drogi od Joensuu). Park ten jest trochę pagórkowaty, a ze wzgórz, z których zjeżdżaliśmy roztacza się przepiękny widok na jezioro Pielinen (czwarte co do wielkości jezioro w Finlandii). Niesamowicie wygląda ono szczególnie teraz, gdy jest zamarznięte i przykryte śniegiem. Co ciekawe lód na nim jest na tyle gruby, że widzieliśmy samochody jeżdżące po zamarzniętym jeziorze i nic nie pękało:)

Na szczęście w czasie nauki jazdy na nartach za bardzo się nie poobijałem, choć oczywiście zaliczyłem kilka upadków. Bardziej dokuczliwy był dwudziestostopniowy mróz, który nie przeszkodził nam jednak zjeżdżać cały dzień:). Niestety po powrocie do domu miałem siłę już tylko położyć się do łóżka i zagrzać:P. Niemniej wyjazd zaliczam do udanych, w tą sobotę znowu się tam wybieram, pod koniec dnia bowiem moje umiejętności zjazdowe pozwalały już czerpać z tego sportu dużo przyjemności:)

Poza tym w niedzielę Francuzki przygotowały dla nas "french dinner". Nie wiem, czy już o tym pisałem, ale naszą świecką tradycją stały się obiadki organizowane w niedzielę przez przedstawicieli każdej narodowości. Na początku Niemki zorganizowały "german dinner" z piwem i kiełbaskami, potem my (właściwie nasza koleżanka - Natalia) zorganizowała "polish dinner" z polską wódką i schabowymi, a w najbliższą niedzielę odbędzie się "finnish dinner" - spodziewam się picia wódki w saunie, ze względu na to, że nie posądzam Janne i Juho - naszych tutorów - o specjalne umiejętności kulinarne. Ale zobaczymy, pozory mylą... Wracając do tematu - dawno nie jadłem tylu dobrych rzeczy, co na obiadku u Francuzek - najpierw sałatki, potem tarty i naleśniki. Po prostu wszyscy byliśmy pod ogromnym wrażeniem, zarówno ilości potraw, jak i ich smaku.

Po weekendzie jak już pisałem, zacząłem się troszkę uczyć i nic szczególnego się nie działo. W ogóle trochę taki "martwy" tydzień ze względu na to, że większość naszej grupy uczy się do egzaminów w piątek. Niemniej myślę, że dzisiaj w końcu wyjdzie jakaś impreza - w końcu jesteśmy na wakacjach:)

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Mój pierwszy mecz hokeja:)

Pożyczyliśmy dziś ze znajomymi kije i trochę pograliśmy:) Trochę się poobijałem, ale strasznie mi się ta gra podoba - wiem już, co będę robił w zimowe wieczory (dotąd tylko jeździłem na łyżwach, za to prawie codziennie). Zdjęć nie ma, bo nie wiedziałem, że będziemy mieli kije:) Jutro idę nabyć swój.

Poza tym trochę o tym, co robiłem w weekend - w sobotę poszliśmy na jezioro i rozpaliliśmy ognisko na lodzie. Może się to wydawać nieprawdopodobne dla kogoś, kto nigdy tego nie robił, ale pod ogniskiem wytwarza się jedynie płytki lejek i pali się ono całkiem dobrze. Poza tym łowiliśmy ryby w przeręblu (jakiś fin - znajomy znajomych znajomych) miał świder do lodu. Spieszę wyjaśnić, że lód miał ok 30-40 cm grubości, a więc nasza wyprawa była całkowicie bezpieczna (można bezpiecznie chodzić po lodzie grubszym niż 10 cm).

W niedzielę z kolei koleżanka zorganizowała "polish dinner" dla znajomych - jedliśmy kotlety schabowe z ziemniakami i ogórkiem i piliśmy polską wódkę. Nawet nie wiecie, jak bardzo brakuje takich potraw na obszczyźnie - było to dla nas prawdziwe święto. Z kolei Niemki i Francuzki były zachwycone polskim jedzeniem.

Zdjęcia z weekendu, jak zgram od siebie i znajomych.

Helsinki trip

W zasadzie powinienem był napisać tego posta już w sobotę, bezpośrednio po powrocie, ale jakoś nie było czasu w weekend. W ogóle ostatnio jestem tu strasznie zajęty, cały czas coś się dzieje, i dlatego już od jakiegoś czasu nie było nowych postów. Ale do rzeczy - czwartek i piątek spędziłem w Helsinkach na krótkiej wycieczce.

Wycieczka (w zasadzie przejazd autokarem) była organizowana przez Samorząd Studentów i kosztowała 30 eur - tyle co ulgowy bilet na pociąg w jedną stronę. W zasadzie był to główny czynnik, który skłonił mnie do uczestniczenia w niej - nie spodziewałem się po Helsinkach niczego nadzwyczajnego. Na szczęście rzeczywistość okazała się zupełnie inna - Helsinki, jako miasto bardzo mi się spodobały. Choć nie są duże, to urokliwy port i uliczki starego miasta robią bardzo pozytywne wrażenie. Nie jest to metropolia w europejskim sensie - brakuje wysokich budynków, a życie miasta sprawia wrażenie znacznie wolniejszego niż w Warszawie. Największym zabytkiem jest Katedra, która robi duże wrażenie (choć nie takie jak moskiewskie świątynie) i wielki Sobór Uspieński. Do tej pierwszej udało mi się wejść do środka, natomiast ten drugi był niestety zamknięty. Architektura starego miasta przypomina nieco Petersburg - co nie jest niczym dziwnym, w końcu miasto najbardziej rozwijane było za czasów carskich. Przed katedrą stoi pomnik Aleksandra II, a gdzieś widziałem również Piotra I, co tym bardziej przypomina carską historię tego miasta. Główną część miasta stanowi urokliwy deptak, na którym spotkaliśmy pijaka, z którym nie dało się porozumieć nawet po fińsku:P (Nie rozumiał: Kiitos! (Dziękuję!) i Mina en puhu suomea! (Nie mówię po fińsku). Ponadto mój fiński przydał się jeszcze następnego dnia, gdy dogadaliśmy się z panem w pizzerii, choć w ogóle nie mówił po angielsku. W takich momentach odczuwam wielką satysfakcję że znam już kilka słów:P. Na nocny spacer po Helsinkach wybraliśmy się w czwartek, więc za bardzo nie skosztowaliśmy nocnego życia miasta - było w miarę pusto, jakkolwiek podświetlenia robią dobre wrażenie i stwierdziłem, że lubię Helsinki nocą. Spacer po mieście i wizyta w porcie wypełniły nam cały pierwszy dzień.

Drugiego dnia odwiedziłem dwa muzea - muzeum sztuki współczesnej Kiasma i muzeum historii naturalnej, a także największą atrakcję Helsinek - kościół w skale. To właśnie on zrobił na mnie największe wrażenie - zdjęcia nie oddają wszystkiego, ale atmosfera wytworzona przez gołe skały jest niesamowita. W ogóle Helsinki bardzo podobają mi się architektonicznie - zarówno najnowsze postmodernistyczne budowle (Kiasma), jak i surowe modernistyczne budynki biurowe i mieszkalne znakomicie komponują się z otoczeniem. Nie uświadczysz w stolicy Finlandii potworków architektonicznych, typowych dla polskich miast, wszystko wydaje się przemyślane i dopasowane do siebie. Nawet bloki mieszkalne wydają się ciekawsze i ładniejsze niż w Polsce. Być może ten zachwyt wynika z mojego zafascynowania skandynawską architekturą, niemniej estetyka Helsinek nie jest zepsuta przez dziwne konstrukcje. Z drugiej strony nie brakuje budynków ciekawych, które jednak znakomicie wpisują się w otoczenie i nie kontrastują z zabytkowymi sąsiadami.

Muzeum sztuki współczesnej w zasadzie mi się podobało, choć w pewnym momencie poziom abstrakcji przekroczył moje granice zrozumienia. Niemniej niektóre koncepcje (najciekawsze uwiecznione na zdjęciach) były niezwykle interesujące. W muzeum historii naturalnej poczuliśmy się jak dzieci, dotykając futer renifera i bawiąc się różnego rodzaju eksponatami (można było). Jak na taką placówkę przystało muzeum jest bardzo interaktywne i poza dokładnymi makietami i szkieletami różnych zwierząt oferuje możliwość powąchania odchodów czy dotknięcia futra leśnych ssaków.

Po napisaniu tego posta doszedłem do wniosku, że Finowie są jednak estetami - moje spostrzeżenia, dotyczące architektury w Helsinkach można w dużo mniejszej skali zastosować również w Joensuu. Ich upodobanie prostoty jest mi niezwykle bliskie - pewnie dlatego tak lubię skandynawski design, zwłaszcza jeżeli chodzi o architekturę i wnętrza.

To tyle, zdjęcia wkrótce na Picasie (na razie nie chcę mi się zgrywać). Piszcie co tam u Was i jak sesja:)

środa, 21 stycznia 2009

Atak keynesistów

Dziś będzie mało wyjazdowo - bardziej garść moich osobistych przemyśleń na tematy społeczno-ekonomiczne.

W czasach kryzysu (domniemanego?) szczególnym zainteresowaniem cieszą się proste rozwiązania, które spowodują rozwiązanie wszystkich problemów gospodarki. Pisząc przed kilkudziesięcioma minutami esej nt. przyczyn i skutków kryzysu rosyjskiego 1998 z zaskoczeniem przyjąłem pozytywne oceny polityki rosyjskiego banku centralnego po kryzysie - to był atak pierwszego keynesisty w dniu dzisiejszym. Otóż po ponownym powołaniu na prezesa CBR (btw. strona CBR wygląda gorzej niż Wirtualny Dziekanat SGH) pod koniec 1998 Wiktora Geraszczenko nastąpiło znaczne poluzowanie polityki monetarnej, a CBR skupił się na utrzymywaniu niskiego kursu rubla względem dolara, w celu utrzymania konkurencyjności przedsiębiorstw. Tym razem się udało - inflację ustabilizowała się na względnie niskim (choć wciąż dwucyfrowym) poziomie, a gospodarka kwitła. W jednym z paperów, czytam, że "Serious inflationary consequences were only averted due to the coincidence of rising budget surpluses and increasing monetization.". Brzmi rozsądnie - restrykcyjna polityka fiskalna obniża inflację, a rosnąca monetyzacja (tak to się tłumaczy?) oznacza, że coraz więcej przedsiębiorstw i osób prywatnych używa gotówki w swoich rozliczeniach (zaraz po kryzysie większość wymiany między przedsiębiorstwami odbywała się na zasadzie barteru). O ile, obniżanie inflacji przez zaostrzanie polityki fiskalnej można było przewidzieć (i w związku z tym pozwolić sobie na bardziej restrykcyjną politykę monetarną), o tyle rosnąca monetyzacja gospodarki była dla CBR jak prezent od świętego Mikołaja, który pozwolił uniknąć wyższej inflacji. Co więcej, myślę, że w tak politycznie niestabilnym środowisku - jakim była Rosja po kryzysie 1998, balansowanie na granicy hiperinflacji było bardzo niebezpieczne - jeden nieodpowiedzialny rząd, który wyłamał by się z anty-inflacyjnej "umowy społecznej" i nieszczęście w postaci hiperinflacji (i jej skutków, włącznie z powtórką sierpnia 1998) spadłoby na rosyjską gospodarkę. Dlatego dziwi mnie pochwała niektórych badaczy dla tej polityki, która szczęśliwie nie wyrządziła większych szkód. Niedostrzeganie zagrożeń, z niej wypływających jest typowe dla pierwszego Keynesisty, który zaatakował mnie w dniu dzisiejszym.

Zmiana polityki fiskalnej po kryzysie rosyjskim opierała się z kolei na jej zacieśnieniu. Nieodpowiedzialne rozdęcie deficytu budżetowego było podstawową przyczyną bankructwa Rosji i wynikających z tego problemów. W pokryzysowej polityce głównym źródłem oszczędności był podatek inflacyjny (świadczenia społeczne i pensje w sektorze publicznym nie rosły nominalnie, pomimo inflacji). Ponadto na szybkie osiągnięcie nadwyżki budżetowej wpłynęło uproszczenie podatków przez Putina (podatek liniowy 13%, rezygnacja z ulg), prezent w postaci monetyzacji (przy wymianie barterowej między przedsiębiorstwami łatwiej było uniknąć podatku) i oczywiście wzrost cen surowców. Restrykcyjna polityka fiskalna była możliwa do przeprowadzenia ze względu na "anti-inflationary consensus" i jednomyślną zgodę wszystkich partii politycznych na nie zwiększanie wydatków budżetowych. Pozwoliła ona zwiększyć wiarygodność Rosji w oczach inwestorów (do czego w dużej mierze przyczyniło się ustabilizowanie inflacji). Ponadto, w gospodarce zaobserwowano "'crowding-in' effect", polegający na tym, że wobec niskiej emisji bonów skarbowych, przedsiębiorstwa zwiększały inwestycje, nie mogąc osiągnąć wysokich stóp zwrotu z aktywów finansowych. Wszystko to razem doprowadziło do szybkiego wzrostu gospodarczego i odrodzenia się Rosji po kryzysie.

Dlaczego o tym piszę? Patrząc na tłumy, wiwatujące na cześć Obamy myślę, że duża część osób wierzy w proste rozwiązania, które zaproponował. Tłum, zgromadzony przed Białym Domem, wierzy, że dzięki inwestycjom publicznym wszystkim będzie żyło się lepiej. Dlaczego tego typu polityka niczego nie zmienia dość jasno wyjaśnia Greg Mankiw na swoim blogu, a także artykuły, które cytuje, ja natomiast chciałbym się skupić na pewnych implikacjach, które wynikają z doświadczeń kryzysu rosyjskiego dla Polski w obecnym czasie. Jakkolwiek, sytuacja obecnie jest zupełnie inna (na szczęście:):)) można zaobserwować pewne zależności, które pokazują, dlaczego państwo wcale nie powinno zwiększać swojej roli w gospodarce. Ekspansja fiskalna nie przyniesie niczego dobrego, gdyż w obliczu napływu środków z funduszy strukturalnych, efektywne wydanie dodatkowych pieniędzy stanowiłoby nie lada problem (nieefektywne wykorzystanie nie ma sensu, gdyż nie podnosi dobrobytu). Tymczasem, zacieśnienie polityki fiskalnej może pomóc Polsce w odzyskaniu zaufania zagranicznych inwestorów i w konsekwencji umocnienia się osłabiającej złotówki i złagodzenia negatywnych skutków kryzysu dla polskiej gospodarki. Tym, czego potrzebujemy jest w tym momencie redukcja deficytu budżetowego - zwiększanie go w tym momencie ogranicza pole manewru w razie potencjalnych, większych problemów.

To tyle nocnych przemyśleń. Dobranoc:)

poniedziałek, 19 stycznia 2009

Więcej zdjęć

Zamieściłem więcej zdjęć na Picasie - kto czuje niedosyt może pooglądać:)

Uniwersytet

Wycieczka nad jezioro

Poza tym dziś kupiłem narty z wiązaniami w second-hand shopie za 6 euro i buty do nich za 2,50 :) Więc do czegoś te sklepy się jednak przydają - w sobotę jadę na stok wypróbować. Ponadto stwierdziłem, że najwyższy czas na nabycie kija do hokeja - jutro idę znaleźć odpowiedni model, a wieczorem pierwsza próba gry:)

Poweekendowo:)

Myślę, że koniec weekendu jest dobrą porą na napisanie nowej notki i dodanie kilku zdjęć z fińskim klimatem. Wczoraj, z okazji soboty, wybrałem się na spacer po jeziorze. Uprzedzając obawy, i zarzuty nieodpowiedzialności, podkreślę na początku, że lód na jeziorze jest dość gruby i chodzenie po nim jest bezpieczne:) - potwierdzają to okoliczni mieszkańcy i nasze doświadczenia:P

Spacer rozpoczął się od rynku w Joensuu...




Jak widać na zdjęciach nic specjalnego na nim nie ma, niemniej uważam, że miasteczko ma swój urok. Wielki miejski termometr pokazywał -11, co jest średnią temperaturą ostatnich dni i już nie budzi w nas (studentach Erasmusa) większych emocji - ja nawet polubiłem to charakterystyczne szczypanie w twarz i w niczym nie przeszkadza to w spacerze. Pierwszym punktem wycieczki był ogród botaniczny, który z racji swojego położenia nad jeziorem doskonale nadawał się do rozpoczęcia spaceru. Okazał się on wielką szklarnią, w której było jednak dosyć ciepło i przyjemnie, a gęsto nasadzone rośliny wywoływały charakterystyczny, leśny zapach i specyficzną atmosferę. Największą atrakcją ogrodu jest wielka biała papuga, która przez cały czas krzyczała do nas "Terve!" ("Dzień dobry!") Poza tym, jak widać na zdjęciach w ogrodzie jest dużo gatunków roślin tropikalnych, na których gdzieniegdzie wisiały owoce (Oparliśmy się pokusie ich zerwania i zjedzenia). Mi najbardziej podobała się sala z różnymi rodzajami kaktusów.






Generalnie ogród botaniczny w Joensuu nie jest super ciekawy, znacznie bardziej podobały mi się widoki z jeziora. Joensuu jest miastem położonym w Karelii, a więc rejonie słynącym z wielkich i pięknych jezior. Na wszelkich spotkaniach wyjaśniano nam, że "Joensuu" znaczy "Usta rzeki" i rzeczywiście tak jest. Miasteczko położone jest po dwóch stronach rzeki przy jej ujściu do jeziora Pyhäselkä. Jezioro ma powierzchnię 361 km2 (Dla porównania Śniardwy 113 km2), więc jest dosyć duże. Ze względu na dużą ilość wysp na początku nie robi jednak wrażenia, którego się po nim spodziewałem - może wszedłem na nie od złej strony. W każdym bądź razie otoczone jest dzikimi lasami i już nie mogę się doczekać, jak będę mógł pojeździć po nim na rowerze (mam nadzieję kupić w przyszłym tygodniu) i docenić jego urok. Tymczasem kilka zdjęć - typowe fińskie domki nad jeziorem i próba pokazania jego wielkości.






W przyszłym tygodniu pewnie wybierzemy się większą ekipą na jakąś dalszą wyprawę - okoliczne trasy do nart biegowych i zamarznięte jezioro kuszą, żeby lepiej poznać okolicę.

piątek, 16 stycznia 2009

Pierwsze fotki

Dzisiaj wstawię kilka zdjęć z uczelni:) nie będę wstawiał pokoju, bo nie ma w nim nic ciekawego:P




To główny budynek uczelni


A to rowery przed nim:)



Tu też mam zajęcia


To jedna z głównych atrakcji turystycznych Joensuu - miedziana rzeźba lisa:)


A to przykład, że nie tylko polska policja jest niedofinansowana

Myślę, że zdjęcia fajnie oddają też klimat skandynawskiego miasta zimą - taka pogoda tu jednak przeważa (tzn. duży mróz, bezchmurne niebo), słońce jest nisko i wszędzie biało.

Oczywiście, pisząc o imprezach zaczynających się o 18.30 miałem na myśli biforki - do klubów idziemy koło 22-23. Co dla mnie i tak jest wczesną porą, zważywszy na to, że w Warszawie zaczyna się to koło 22.

czwartek, 15 stycznia 2009

Nareszcie udało mi się odkopać laptopa spod stosu butelek, pozostałych po przedwczorajszej biforce. To piwo tutaj jest w takich małych buteleczkach i ma tak mało procent, że przeciętnie pijemy 6-7 na osobę przed wyjściem. Mnożąc to przez 8 czy 9 obecnych osób, możecie sobie wyobrazić, że wykopanie komputera nie było łatwym zadaniem, no ale dałem radę;)

Miałem napisać tą notkę już wczoraj, ale nie dałem rady nawet włączyć komputera pomiędzy zajęciami i wyjściem. Może to i dobrze, przynajmniej jest więcej opisywania. Dzisiaj poszedłem na swój drugi wykład na uczelni - trochę przysypiałem co prawda (wróciłem wczoraj po 5 - po to mi między innymi rower:)) ale fińskie rześkie powietrze (dziś już -7:D) szybko mnie orzeźwiło i jak tylko wykład się skończył Morfeusz uciekł do cieplejszych krajów, a ja mogłem udać się do centrum - do banku i na targ. Pani w banku niestety średnio władała angielskim, a poza tym chciała mi wcisnąć konto bez karty. Nie mogła zrozumieć, po co mi karta do bankomatu, skoro i tak mogę wypłacać pieniądze na dole w okienku (już zapomniałem jak to się robi), a poza tym na pewno mam jakąś polską kartę i przecież mogę używać jej do wypłacania pieniędzy z bankomatu. Na szczęście udało mi się wytłumaczyć jej, że chcę kartę i mam nadzieje w przyszłym tygodniu moje konto będzie już działać. Poszedłem też na rynek - nigdy nie byłem w centrum tak wcześnie i dzisiaj dopiero zobaczyłem, że na centralnym placu miasta odbywa się bazar. Można tam kupić prawie wszystko - ubrania, jedzenie, zabawki czy art. papiernicze - nie różni się to zbytnio od targu w Polsce. Odniosłem swój pierwszy mały sukces - udało mi się dogadać ze sprzedawcą po fińsku, z czego jestem niezmiernie dumny:P

Wykłady (zarówno dziś i wczoraj) jak wykłady - nic nadzwyczajnego, poza tym za dużo nie da się chyba powiedzieć po dwóch. Pożyjemy, zobaczymy. Wiem już natomiast, że za bardzo fińskiego się tu na zajęciach nie nauczę:( Niestety, w grupie jest 60 osób (nawet jak się kilkanaście wykruszy to nic się nie zmieni), a typ zadań taki jak zazwyczaj na zajęciach językowych. Tzn. robimy jakieś trywialne zadanie, potem je strasznie powoli sprawdzamy. Albo "no to teraz porozmawiajcie sobie po fińsku w parach"! Oczywiście, każdy rozmawia, tylko że niekoniecznie po fińsku i już raczej na pewno nie mówi ile ma lat, albo gdzie mieszka. Więc generalnie na sali panuje chaos, a kobieta chociaż się stara, to nie jest w stanie nad nami zapanować. W konsekwencji półtorej godziny jest wykorzystane średnio efektywnie. Co więcej, fińskiego jest tylko 15 godzin, a i to z przerwami (podobno następne zajęcia mamy dopiero w lutym), co jest zaprzeczeniem jakichkolwiek zasad nauczania języka obcego. Generalnie jestem strasznie zły, że uczelnia potraktowała nas w ten sposób - najpierw zachęcają do nauki fińskiego, a potem nie mogą poświęcić nam tyle czasu, żeby to miało jakikolwiek sens. No ale nic, najprawdopodobniej skończy się to jakimś prostym testem i 3 ECTS do przodu. Szkoda tylko, że nic nie wynieśliśmy z tych zajęć...

Środek tygodnia okazał się imprezowy - mieliśmy 2 imprezy z rzędu, co powoduje, że dziś jestem już nieco zmęczony. Poza tym tu (w Finlandii?? czy na Erasmusie? - nie wiem) imprezy zaczynają się bardzo wcześnie - my byliśmy wczoraj umówieni na 18.30. Powoduje to, że zaraz po zajęciach trzeba się przygotowywać do imprezy i nie ma na nic czasu. We wtorek po kilku piwach podjąłem próbę rozmowy z Niemkami po niemiecku - jak dowiedziały się że się uczyłem, to chciały używać swojego ojczystego języka. Jej reakcje na mój niemiecki ("Oh, it's so cute!") świadczą o tym że prawie wszystko już niestety zapomniałem, ale cóż, życie...

Poza tym wróciły mrozy i śnieg:) Jeszcze nigdy tak się nie cieszyłem z powrotu ujemnej temperatury. Poza tym pada piękny biały puch, więc będziemy mieli nastrojowe jeżdżenie na łyżwach wieczorem.

@Iza: Rower mi teraz potrzebny, żeby jeździć na wycieczki do lasu czy po jeziorze i wracać z imprez. Poza tym wiesz, jak tu komunikacja kursuje - często trzeba użyć jakiegoś innego środka transportu. Boję się, że potem nie będę miał już czasu szukać roweru, a poza tym niczego już nie będzie do wyboru.

PS. Zaobserwowałem, że są dwa rodzaje second-handów - tanie (takie jak opisywałem) i trochę droższe, gdzie są rzeczy lepszej jakości. Generalnie wybór tego typu rzeczy i sklepów jest znacznie większy niż w Polsce.

poniedziałek, 12 stycznia 2009

Biblioteka & fiński Second Hand

Dzisiaj z rana wyruszyłem i na poszukiwanie używanych rzeczy w sklepach typu "second hand". Tutaj wygląda to tak, że jest wielki magazyn, w którym wykładane są rzeczy, które normalni ludzie wynoszą do śmietnika. Jest wszystko - rowery, meble, naczynia, zabawki, ubrania, w stanie delikatnie mówiąc pozostawiającym wiele do życzenia. Ubrania są często poplamione i tak znoszone, że nawet po domu bym ich nie założył. Rowery, które oglądałem, co prawda były tanie (5-20 eur), ale niestety ich stan nie gwarantował nawet dojechania do domu. W większości były poprzebijane dętki, pourywane linki od przerzutek i hamulców, poszczerbione korbowody, a ramy były zardzewiałe. Co ciekawe, nie udało się znaleźć roweru za trochę więcej (przyjmijmy 40-50 eur), ale w stanie nadającym się do użytku - może zostały już wykupione, a może po prostu nikt ich nie sprzedaje. Trochę mnie przeraża myśl o kupieniu roweru za 5 czy 10 eur i zainwestowaniu 30 w doprowadzenie go do stanu używalności, ale niestety chyba tak będę musiał zrobić. Tomek (który jest w naszej grupie i którego poznałem już pierwszego dnia w Joensuu) zarezerwował 1 za 10 euro, ale schodziło powietrze z kół,a przerzutki i hamulce nie działały. Większość osób wypożycza rowery - są one w trochę lepszym stanie, ale i tak psują się średnio co 2-3 dni. Co prawda, są bezpłatnie naprawiane przez pracowników firmy wypożyczającej, ale jeżdżenie na rowerze w którym za chwilę coś się znowu zepsuje jest średnią przyjemnością. Poza tym rower kupiony za kilka-kilkanaście euro w razie czego można wyrzucić gdzieś w krzaki i wrócić piechotą, a wypożyczony trzeba zwrócić. Poza tym myślę o zakupie nart biegowych - jest to popularny sport tutaj i fajny sposób na zwiedzanie kraju - ale jeszcze pomyślimy nad tym ze znajomymi.
Myślę że tego typu sklepy są kolejnym, po specyficznym sposobie picia wódki (straszne ukrywanie butelki, żeby broń boże nikogo nie poczęstować) potwierdzeniem skąpstwa Finów. Zarabiając kilka tysięcy euro miesięcznie, Finowie kupują rzeczy, które w biednej Polsce wyrzuca się na śmietnik. Owszem, czasami udaje się znaleźć coś w porządnym stanie, ale najczęściej te rzeczy wyglądały tragicznie, a kosztowały naprawdę grosze (np. łyżwy - 3 eur, dla porównania pizza - 5 eur, niesmaczny obiad w studenckim barze ze zniżką - 2,5 eur). Nie wiem, może to kwestia dbałości o środowisko, może oszczędności, w każdym bądź razie gdybym był Finem, raczej bym się tam nie zaopatrywał (nawet w Polsce, kupując rzeczy używane, szukam produktów lepszej jakości).

Drugie spostrzeżenie, tym razem pozytywne, związane jest z wizytą w bibliotece. Zgodnie z przewidywaniami (jakkolwiek optymistycznymi) znalazłem 2 książki, które chciałem przeczytać, a których w Polsce nie można wypożyczyć, ani nie ma ich w PDFie. Bez problemu udało mi się zabrać je do domu na miesiąc, więc mam nadzieję przez 6 miesięcy odpocznę od czytania książek na komputerze. Poza tym, mam z domu, na uczelniany login i hasło dostęp do wszystkich baz naukowych (najbardziej interesujące dla mnie to JSTOR i ScienceDirect), ale jestem pewien, że bez trudu znajdę również inne, potrzebne papery w formie elektronicznej. Biblioteka SGH niestety przegrywa z tą w przedbiegach i uważam, że jest to jeden z czynników, przez które polskie uczelnie jeszcze długo będą okupować ostatnie miejsca wszelakich rankingów (choć nie ma co narzekać, 15 lat temu bez internetu to dopiero było ciężko:)).

Trzecia sprawa to odwilż - niesety dzisiaj, pierwszy raz od mojego przyjazdu tutaj zaczął topnieć śnieg. Przez to ulice zrobiły się czarne, a więc już nie wyjdą takie ładne zdjęcia (musicie jeszcze poczekać;)), a poza tym jest nieprzyjemnie, bo wszędzie jest dużo wody. Mam nadzieję, że mrozy szybko wrócą.

Na razie tyle, wieczorem idę wypróbować okoliczne lodowiska:)

@Iza: Finów też na razie poznałem tylko 4. W środę mam zajęcia, Procesy Stochastyczne (co prawda robiłem to na sghu, ale po pierwsze w 100% wszystkiego nie zrozumiałem, po 2 moja jedyna możliwość kontaktu z troszkę bardziej skomplikowaną matematyką na uczelni, po 3 chcę zobaczyć jak to robią tutaj, a po 4 procesów stochastycznych nigdy za wiele:)), więc może jakichś poznam. Dziś był tylko Finnish I w 60-osobowej grupie (!), więc niestety jeszcze nie:P.

niedziela, 11 stycznia 2009

Ok, więc teraz pierwszy post z Joensuu:)

Przyjechałem tu w poniedziałek, i od razu zaskoczyło mnie to, że jest tu dużo śniegu, a ulice są nieodśnieżane - nadmiar śniegu jest tylko zgarniany przez pługi. Powoduje to że jest strasznie ślisko na ulicach, ale i tak jest mało samochodów, więc specjalnie to nie przeszkadza. Ja na razie poruszam się autobusem (który jest b.drogi - bilet miesięczny kosztuje 40 eur, a jeden przejazd 3 eur) i rzadko jeździ, ale głównym moim środkiem transportu już wkrótce będzie rower - wszyscy tu jeżdżą w ten sposób, pomimo zimy, co również jest zaskakujące. Widok stojaków, oblepionych
zaśnieżonymi rowerami robi dziwne wrażenie i trochę mnie przeraża, ale będę musiał przywyknąć - zresztą nie będzie to trudne, bo już teraz kiedy na dworze jest powyżej -5 to już mówimy że jest ciepło, więc chyba dam radę się przyzwyczaić. Joensuu to małe (w sensie liczby ludności) (wg wikipedii ok. 60 tys.) miasteczko, ale rozległe obszarowo. Mój pokój jest ok. 5km od centrum, a w mojej dzielnicy mieszka dużo więcej studentów z wymiany, więc nie jest tak źle - często spotykamy się u kogoś i tam rozpoczynamy imprezy. Zresztą drugie duże skupisko "Erazmusów" również znajduje się daleko od centrum, tylko, że z drugiej strony miasta - mieszkanie bliżej uczelni jest luksusem, za który musielibyśmy sporo więcej zapłacić. Poza tym jest dużo lasów, zieleni, lodowisk i basenów. W związku z tym będzie gdzie chodzić na spacery - dzisiaj np byliśmy nad jeziorem i lepiliśmy bałwana:D W zeszłym tygodniu - od
środy na uczelni mieliśmy orientation week - specjalne wykłady, wprowadzające nas w życie uczelni i miasteczka. Najbardziej interesujący był policjant - jego odpowiedź na pytanie "Czy za jeżdżenie na rowerze bez światełka grozi jakaś kara?" brzmiała "No tak, możecie dostać mandat, ale jak powiecie, ze przed chwilą Wam się wyczerpały baterie, albo się zepsuło, to dostaniecie co najwyżej upomnienie." albo "Czy za jeżdżenie na rowerze po pijanemu grożą jakieś konsekwencje? " Odp: "Generalnie nie ma limitu alkoholu we krwi jeżeli chodzi o rowery, o ile nie jedziecie wężykiem całą szerokością jezdni, nic wam nie grozi, w przeciwnym wypadku możecie dostać mandat." To jest drugi powód, dla którego muszę sobie kupić rower - autobusów nocnych nie ma, a wracanie z imprez na piechotę średnio mi się uśmiecha. Jak na razie to prawie codziennie się spotykamy na jakieś piwo, a raz na 2-3 dni większa impreza, w przyszłym tygodniu z tego co widzę zacznie się prawdziwy "Erasmus" - mamy imprezy we wtorek i środę, a myślę że i w weekend coś będzie. Więc generalnie wracam do czasów licealnych, a nawet tu imprezuje częściej - czuje się klimat wakacyjny na razie, ciekawe co będzie jak się zaczną zajęcia. System studiowania tutaj polega na tym, że nie ma sesji sensu stricte, tylko przedmioty składają się z bardzo intensywnych wykładów, które trwają tydzień - dwa (jeżeli wykładowca przyjeżdża gościnnie z jakiegoś innego uniwersytetu, ew. 2 miesiące po 2 razy w tygodniu, a po takim kursie odbywa się egzamin. W związku z tym mam nadzieję wyrobić sobie te 30 ECTS w miarę wcześnie, i potem trochę intensywniej pozwiedzać.
Faktem jest, że oferta przedmiotów ekonomicznych jest tutaj bardzo
skromna i w związku z tym nie spodziewam się jakiegoś strasznie
pracochłonnego semestru (będę miał znacznie mniej matematyki niż na
SGH, bo po prostu nie ma z czego wybierać), a więcej przedmiotów
"społecznych" czy opisowych. Zrobię sobie tu trochę takie "Russian
studies" - uczelnia ma taką ścieżkę "Karelia, Russia and Baltic Area"
i myślę że spokojnie uda mi się już ukończyć, zwłaszcza że wlicza się
do niej "Finnish I", na który się zapisałem. Już w czasie "Orientation
Week" mieliśmy kurs "survival finnish", więc trochę spotkałem się już
z tym językiem, który jest trudny i dziwny, ale nawet mi się podoba.
Niestety, ciężko liczyć że w czasie 15-godzinnego kursu w kilkudziesięcioosobowej grupie uda mi się czegokolwiek nauczyć, no ale to się jeszcze okaże. Ciekaw jestem, jak wygląda to w przypadku innych przedmiotów, ale nie spodziewam się wysokiego poziomu nauczania.

Już od początku zajęli się nami tutorzy - Janne i Juho, którzy
pomagali nam załatwiać różne formalne rzeczy i zorientować się jak
wygląda miasto. Siłą rzeczy, to z nimi na początku wychodziliśmy na
piwo i nieco lepiej się znamy w ramach naszej grupy, w której są 3
Francuzki, 2 Niemki i 3 Polaków. W ogóle, jak wyszło na wczorajszej
"Get to know each other party" największą grupą studentów z wymiany są
Polacy, co jest trochę denerwujące:P Ale co zrobić, w sumie jesteśmy
największym narodem w tej części Europy, a wydaje mi się zrozumiałe,
że Polacy częściej chcą wyjeżdżać niż obywatele innych dużych krajów.

Jeżeli chodzi o Finów to oni są nieco dziwni. Potwierdzają to zarówno
moje spostrzeżenia na wczorajszej imprezie, jak i doświadczenia
koleżanek z fińskimi współlokatorami. Generalnie są zamknięci w sobie
i nieskorzy do pomocy (nie licząc niektórych tutorów, a poza tym
średnio chcą się z nami zapoznawać). Z naszej pozycji wyglądało to
trochę jakby byli zarozumiali.

Z innych ciekawych rzeczy, których dowiedziałem się podczas
orientation week jest pokaźna ilość wycieczek, z których będę chciał
skorzystać (już się zapisałem na jedną do Helsinek), poza tym na pewno
chcę pojechać do Laponii i na 100% do Kuopio na Małysza:D (Fakt już
nie skacze jak kiedyś, ale zawsze). Poza tym, Finowie mają mnóstwo
dziwnych zwyczajów (np. alkohol mocniejszy niż piwo można kupić tylko
w specjalnych "Alko" shopach), czy w niedziele jest wszystko
pozamykane. Ponadto, kilka dni temu, fińska zima mnie pokonała i też
byłem chory przez kilka dni, no ale teraz już jest w miarę w porządku
i mam nadzieję że już jutro będę mógł wrócić do aktywności również
sportowej (moje z trudem upchnięte łyżwy na razie czekają na poprawę
stanu zdrowia)

Poza tym strasznie podoba mi się architektura uczelni i co niektórych
budynków - ale ja ogólnie lubię skandynawski design i to się wpisuje w
te proste formy. Np jakiś czas temu mieliśmy zajęcia w sali, która
wyglądała na kompletnie niewykończoną - rury wiły się pod sufitem a
poza tym nieotynkowane cegły i beton - ma to swój urok. Jeżeli chodzi
o mój pokój, to mieszkam w takim 3 pokojowym mieszkaniu wraz z innym
Polakiem i Belgiem, aczkolwiek z nimi na razie nie miałem okazji za dużo
porozmawiać - za dużo się dzieje.

Zdjęcia mam nadzieje za kilka dni.

Po co blog?

Założyłem bloga, którego będę pisał, w czasie swojego pobytu na stypendium w fińskim mieście Joensuu - dzięki niemu, kto chce, może się dowiedzieć co słychać.