piątek, 17 kwietnia 2009
Nie sądziłem, że kiedykolwiek...
będę świętował napisanie ostatniego egzaminu w roku akademickim na nartach:) A tymczasem w Joensuu śnieg pada, temperatura oscyluje wokół 0, a jutro w Koli zapowiadają się świetne warunki:) W związku z tym, że to już zakończenie sezonu, stwierdziłem, że mogę sobie jutro pozwolić na wyjazd na narty, zwłaszcza że do skończenia pozostało mi 0,5 (a nawet 0,3-0,4) eseju i dwa zadania, czyli przy dobrej wenie, jest szansa na zakończenie do wieczora:) Przyszły tydzień to już tylko zwiedzanie, załatwianie i przygotowywanie się do powrotu. W przyszły wtorek Sztokholm, a w sobotę jestem w Polsce:) Trochę mi się nie chce wracać, z drugiej strony już nie jest tak fajnie jak na początku.
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Święta, święta i po świętach...
Święta w Joensuu przebiegły spokojnie, acz relaksująco. Wczoraj zjedliśmy z Polakami duży obiad z kurczakiem i ziemniakami, mnóstwem sałatek i ciast. Potem kilka drinków i filmów. Dzisiaj w lany poniedziałek rano dojadaliśmy resztki z wczorajszego obiadu. Potem spacer w lesie i przejażdżka rowerem. W sumie bardzo świątecznie i się najadłem, chyba pierwszy raz od przyjazdu. No i trochę odpocząłem i zrelaksowałem się po pisaniu:) Poza tym ostatnio skupiłem się na nauce, żeby skończyć wszystko do piątku, a potem mieć 10 dni wolnego. Szczególnie Wielki Tydzień upłynął mi pod znakiem pisania i pracy. Świąt w Finlandii szczególnie się nie czuje - poza tym że wszystko pozamykane. Niemniej, dekoracji jest mało (ja mam tylko bazie w pokoju), na ulicach nic nie widać. Leży dużo śniegu, więc bardziej wygląda to jak Boże Narodzenie, chociaż jest już ciepło i śnieg zaczyna w szybkim tempie znikać.
Już powoli zaczynam odczuwać koniec - mam nadzieję że po egzaminie w piątek (ew. wieczorem jak dokończę esej) będę mógł powiedzieć, że skończyłem swoje zajęcia w Joensuu. Potem tylko formalności, ostatnie zwiedzanie i powrót:)
Już powoli zaczynam odczuwać koniec - mam nadzieję że po egzaminie w piątek (ew. wieczorem jak dokończę esej) będę mógł powiedzieć, że skończyłem swoje zajęcia w Joensuu. Potem tylko formalności, ostatnie zwiedzanie i powrót:)
środa, 8 kwietnia 2009
Kupiłem bilet
Dziś kupiłem bilet na powrót na 2 maja. Więc już wiem dokładnie, że mój pobyt tutaj zakończy się 3-dniową wizytą w Sztokholmie i bezpośrednio stamtąd lecę do Polski. Nie jest mi już teraz tak żal, że muszę wracać - trochę już chyba zmęczyłem się specyficznym, erasmusowym trybem życia, trochę przejadają mi się imprezy i nicnierobienie. Z drugiej strony ciarki mnie przechodzą na myśl o rzeczach, które muszę zrobić po powrocie - o szukaniu pracy i o pustce jaka może w związku z tym pojawić się w moim życiu - mam nadzieję, że proces ten nie będzie trwał zbyt długo.
Święta się zbliżają, ale ja tego nie czuję - jakoś nie są tu one strasznie obchodzone - dziś np. dostałem zaproszenie na czwartkowe karaoke. Poza tym (jak już Iza pisała zresztą) nie ma tu żadnych dekoracji w sklepach i całej tej przedświątecznej szopki - życie toczy się własnym rytmem. Na pewno zorganizujemy sobie w niedzielę świąteczny obiad, ale wątpię, żeby poza tym coś się działo. Ja dziś sobie uświadomiłem też, że wcale nie mam tak dużo czasu na napisanie swojego ostatniego "papera" i przygotowanie się do egzaminu, który jest już za tydzień w piątek. Więc mój plan na wolne dni koncentruje się na myśleniu o uczelni i ewentualnym poszukiwaniu pracy.
Święta się zbliżają, ale ja tego nie czuję - jakoś nie są tu one strasznie obchodzone - dziś np. dostałem zaproszenie na czwartkowe karaoke. Poza tym (jak już Iza pisała zresztą) nie ma tu żadnych dekoracji w sklepach i całej tej przedświątecznej szopki - życie toczy się własnym rytmem. Na pewno zorganizujemy sobie w niedzielę świąteczny obiad, ale wątpię, żeby poza tym coś się działo. Ja dziś sobie uświadomiłem też, że wcale nie mam tak dużo czasu na napisanie swojego ostatniego "papera" i przygotowanie się do egzaminu, który jest już za tydzień w piątek. Więc mój plan na wolne dni koncentruje się na myśleniu o uczelni i ewentualnym poszukiwaniu pracy.
czwartek, 2 kwietnia 2009
Ostatnie dni w Joensuu
Ostatnio niewiele się dzieje - tzn. przedwczoraj wysłałem 2 eseje, zamykając pewien etap mojego pobytu tutaj. Już mi niewiele czasu i nauki zostało. Poza tym niewiele się dzieje, imprez jakby trochę mniej, ale może to i lepiej, bo już czuję przesyt trochę. Jeszcze kilka prac domowych do oddania, 1 egzamin, może 1 "paper" do napisania (jak mi się będzie chciało) i powrót. Na razie na najbliższy weekend nastawiam się na jakieś zwiedzanie, zobaczymy co wyjdzie - Kuopio pewnie. Ostatni weekend to wizyta w Koli (bez nart, za to z przepięknymi widokami). Pogoda ostatnio się poprawiła, więc mam nadzieję trochę odpocząć na świeżym powietrzu w weekend.
poniedziałek, 23 marca 2009
Krótka notka z weekendu
Ponieważ mam ambitny plan nie włączania już dzisiaj komputera (jutro rano egzamin, a materiały do nauki mam podrukowane), to krótko napiszę o weekendzie. Otóż do Joensuu zawitała wiosna ;) Śniegu starego i twardego leży jeszcze dużo, ale powoli topnieje i wszędzie jest mokro. Zieleni jak nie było tak nie ma, gdzieniegdzie tylko trawa w sraczkowatym kolorze wystaje na chodnik (tam, gdzie odśnieżone), na normalnej powierzchni dalej leży kilkadziesiąt centymetrów brudnego śniegu. Ale z drugiej strony dzisiaj trzeci dzień z rzędu świeciło słońce (chyba pierwsza taka seria, odkąd tu jestem) i jest już z tego powodu trochę ładniej.
W weekend usiłowałem pisać swoją pracę zaliczeniową (paper??), ale średnio mi to wyszło, głównie ze względu na nieumiejętność skupienia uwagi na jednej rzeczy. Więc w sobotę wybrałem się na przejażdżkę rowerową na drugi koniec miasta po notatki (w sumie ok. 1,5-2h na rowerze rekreacyjnym tempem), a w niedzielę robiliśmy grilla na wyspie Utra nieopodal naszego osiedla. Generalnie, chyba pierwszy raz byłem na grillu na którym było z 50 osób (jak nie więcej), ale pogoda dopisała i było w miarę fajnie.
Przede mną ciężki tydzień, jutro mam zajęcia od 8 do 20 bez przerwy (prawie jak moje wtorki na sghu), pojutrze do 19 z godzinną przerwą. Tydzień zapowiada się więc bardzo męcząco, ale jeśli uda mi się skończyć pracę i napisać inną (krótszą) to będę miał trochę luzu do świąt.
W weekend usiłowałem pisać swoją pracę zaliczeniową (paper??), ale średnio mi to wyszło, głównie ze względu na nieumiejętność skupienia uwagi na jednej rzeczy. Więc w sobotę wybrałem się na przejażdżkę rowerową na drugi koniec miasta po notatki (w sumie ok. 1,5-2h na rowerze rekreacyjnym tempem), a w niedzielę robiliśmy grilla na wyspie Utra nieopodal naszego osiedla. Generalnie, chyba pierwszy raz byłem na grillu na którym było z 50 osób (jak nie więcej), ale pogoda dopisała i było w miarę fajnie.
Przede mną ciężki tydzień, jutro mam zajęcia od 8 do 20 bez przerwy (prawie jak moje wtorki na sghu), pojutrze do 19 z godzinną przerwą. Tydzień zapowiada się więc bardzo męcząco, ale jeśli uda mi się skończyć pracę i napisać inną (krótszą) to będę miał trochę luzu do świąt.
piątek, 20 marca 2009
Laponia
Nareszcie znalazłem trochę czasu na napisanie notki z mojego zeszłotygodniowego wyjazdu do Laponii. Widziałem renifery i św. Mikołaja, dużo śniegu, ale niestety nie doświadczyłem dużego mrozu i nie było zorzy polarnej :(. Niemniej jednak cały wyjazd mogę zaliczyć do udanych.
Wycieczka rozpoczęła się w piątek i trwała do poniedziałku - głównie ze względu na długi czas podróży - piątek i poniedziałek niemalże w całości spędziliśmy w autokarze. Swoją drogą trochę nie wiem dlaczego nie wyjechaliśmy z Joensuu w nocy - pewnie bylibyśmy wcześniej. Z drugiej strony główną atrakcją Laponii jest przyroda i bezbrzeżne pustkowie, a także możliwości robienia wielu ciekawych rzeczy (np. w lecie rower i piesze wędrówki, w zimie narty i skutery śnieżne). W związku z tym mało jest obiektów do zwiedzania sensu stricte, chodzi bardziej o to, żeby "doświadczyć" tą krainę. Mi się podobało i zamierzam tam jeszcze wrócić na dłużej - na ile pozwoli mi czas i pieniądze. Ze względu na tą specyfikę te kilka dni spędzone w Laponii wystarczyły, choć z pewnością pozostawiły pewien niedosyt.
Dzień pierwszy
W piątek mieliśmy przystanek w Rovaniemi, gdzie widzieliśmy muzeum arktyczne. Część, dotycząca Arktyki jako krainy i przyrody jest przedstawiona interaktywnie - tzn. można dotknąć futra renifera, poczuć mroźny wiatr itd., a informacje przedstawiane są w formie filmów i slajdów. Generalnie wszystko podane dosyć ciekawie, chociaż bez przesady - jakiegoś szczególnego wrażenia na mnie to muzeum nie zrobiło.
Etnograficzna część jest już "tradycyjna" tzn. możemy zobaczyć tradycyjne stroje eskimosów, przedmioty, których używają itd. - generalnie nic specjalnego. Swoją drogą przez cały wyjazd towarzyszyło mi zmęczenie zwiedzaniem i najlepiej wspominam dwa środkowe dni ze względu na aktywne ich spędzenie. Po wizycie w muzeum pojechaliśmy dalej do Hanhimaa - wioski na północy, w której mieliśmy spać.
Nasz "hostel" okazał się być wiejskim domem z dwoma wielkimi pokojami, wypełnionymi łóżkami piętrowymi. W każdym z owych pokoi spało ok. 20 osób, więc o jakiejkolwiek intymności nie mogło być mowy. Z drugiej strony tego typu atmosfera sprzyja imprezom, tym większe było więc moje zdziwienie, kiedy po powrocie z sauny, ok. 1 nic się nie działo. Wszyscy leżeli grzecznie w łóżkach i spali, albo czytali książki - to najdobitniej świadczy o tym, jak męcząca była podróż.
Dzień drugi
Drugiego dnia wszyscy pojechaliśmy do pobliskiego Levi ski resort. Było to jedyne miejsce w okolicy, gdzie możnaby "coś" robić, a ze względu na wielkość kurortu propozycji było dużo. Rankiem, przekonany byłem o bezsensowności wybrania się na narty (przecież to mogę robić w Koli za mniejsze pieniądze!), ale po pieszym wejściu na górę ogarnęła mnie bezgraniczna ochota na zjazd. Została ona zaspokojona następnego dnia. Siedząc w restauracji na szczycie, jedząc przygotowane wcześniej kanapki (Pani była niepocieszona, że nagle weszło 20 osób, zajęło pół restauracji i nic nie zamówiło, jedząc własne produkty) zdecydowaliśmy, że spróbujemy pojeździć na skuterach śnieżnych. Wypożyczenie dwuosobowego wehikułu na 3 godziny kosztowało coś koło 80 euro - biorąc sprzęt na 4 osoby każdy mógł spędzić na nim 1,5h, pokierować przez 45 minut i zapłacić ponad 20 euro - zdecydowaliśmy że kwotę taką możemy zaakceptować. Jak się potem okazało, warto było - jazda jest niesamowitym przeżyciem (szczególnie po zamarzniętym jeziorze z prędkością oscylującą w granicach 100 km/h). Krótki czas podróży pozostawił jednak we mnie pewien niedosyt (może dlatego, że się zgubiliśmy i szukając trasy, wróciliśmy tą samą drogą) i pragnienie wypożyczenia skutera na cały dzień - kiedyś, jak będę bogaty, to powtórzę to doświadczenie:)
Wieczorem, tradycyjna sauna (w zeszłym tygodniu byłem w saunie codziennie prócz poniedziałku - przejąłem już fińskie zwyczaje :)). Tym razem trochę pograliśmy w karty, potem w pijackie gry i położyliśmy się spać dosyć późno - imprezy jednak sensu stricte nie było.
Dzień trzeci
Niedziela przyniosła wizytę w lodowym hotelu i narty:) Na początku trochę irytował mnie długi czas jazdy (z Hanhimaa do lodowego hotelu jechaliśmy ponad godzinę) i zastanawiałem się czy warto tak opóźniać wejście na stok dla kupy śniegu. Jak się później okazało - warto. Lodowy hotel jest corocznie budowany w październiku (albo listopadzie - nie pamiętam) i funkcjonuje do kwietnia. Na początku usypuje się wielką górę, w której następnie drąży się korytarze i pokoje. Są one niewielkie, niemniej rzeźby (szczególnie w najładniejszych z nich) robią duże wrażenie. Ponadto jest tam duży ice bar i restauracja (tym bardziej żałowałem wizyty w klitce w Helsinkach - tutaj naprawdę było dużo przestrzeni). Wszędzie panuje temperatura ok. -5 stopni, ale jak zapewniał nasz przewodnik, wszyscy dobrze śpią, a jedzenie w restauracji i picie w barze jest możliwe. Nocleg w hotelu kosztuje coś koło 125 euro/os. - kiedyś sprawdzę czy miał rację;). Tymczasem trudno jest opisać tą atrakcję - mam sporo zdjęć, ale i one nie oddadzą wrażenia, które wywarła na mnie ta budowla (choć z zewnątrz jest to po prostu góra śniegu).
Następnie, jak już wspomniałem poszedłem na narty. Stoki są znacznie dłuższe niż w Koli, cały kurort obsługuje 17 wyciągów, więc jazda była też znacznie ciekawsza - nie zjeżdzałem jedną trasą więcej niż dwa razy. Widoki z góry, również były niesamowite - przede mną roztaczała się rozległa równina, porośnięta drzewami i poprzecinana gdzieniegdzie jeziorami i rzekami. Poza Levi nie było widać żadnych zabudowań, co również robiło niesamowite wrażenie. Narty na tyle mi się spodobały, że jeździłem od 13 do 20 bez przerwy na posiłek. W konsekwencji, jak tylko wróciliśmy położyłem się na moją tradycyjną, przedimprezową drzemkę (godzina snu między 20 i 21 - prawie zawsze tak robię przed wyjściem, również w Joensuu), z której po kilkudziesięciu minutach obudziły mnie koleżanki (kolacja była już gotowa). Kontynuując sen po kolacji wstałem koło 1 (to najlepiej świadczy o skali zmęczenia), po czym poszedłem do sauny i widząc, że nic się nie dzieje - spać.
Dzień czwarty
W dniu powrotu odwiedziliśmy wioskę świętego Mikołaja i zoo ze zwierzętami arktycznymi. Wioska świętego Mikołaja generalnie okazała się tym, czym się spodziewałem, czyli totalną komercją (najbardziej mi się podobała mi się możliwość podania kilku adresów, pod które św. Mikołaj wyśle listy - za 6 euro). Nie wiem, jaki sens ma podniecanie się przebranym brodaczem i kilkoma domkami z drewna w których są sklepy. Owszem, sam "dom" św. Mikołaja ma jakieś niby atrakcje (tzn. jest ciemno, gra nastrojowa muzyka i są olbrzymie wahadła, sterujące Ziemią), jednak nie jest to nic specjalnego. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy nie dałoby się wybudować pod Lublinem małego centrum handlowego z pamiątkami, posadzić tam przebranego brodacza i głosić wszem i wobec, że tu mieszka "polski" św. Mikołaj ;). Niemniej, jestem pełem podziwu dla zmysłu marketingowego Finów, że z czegoś takiego zrobili wielką atrakcję turystyczną.
Bardziej podobało mi się Ranua Zoo ze zwierzętami arktycznymi. Wybudowane było w sposób, umożliwiający zwierzętom większą swobodę - klatki w dużej mierze są po prostu ogrodzonym siatką terenem, nad którym przerzucono drewniane kładki. Trochę przypomina to "zoo" w Białowieży, jednak w dużo większej skali. Tam właśnie widziałem z bliska misia polarnego, wilka polarnego i renifery. Poza tym mnóstwo innych zwierzątek, między innymi wydrę, która porwała aparat koleżanki, łosia, lisa polarnego i mnóstwo ptaków. Mi najbardziej podobał się chyba lis polarny i niedźwiedź polarny, który z bliska robił duże wrażenie. Jeżeli chodzi o renifery, to mnóstwo farm widzieliśmy po drodze i rzeczywiście nie są one w Laponii niczym szczególnym. Mięsa z tego zwierzęcia jeszcze nie spróbowałem - ale na pewno zrobię to w czasie mojego pobytu tutaj.
Wracając trafiło mi się najgorsze miejsce w autokarze (co wrażliwszych czytelników proszę o przerwanie czytania - ale muszę się wyżyć, a blog wydaje się dobrym miejscem:)) - siedziałem bowiem przed brzydką, grubą i zakompleksioną angielką, która nie dość, że całą drogę się darła piskliwym głosem, to jeszcze nie pozwalała mi opuszczać fotela. Na domiar złego, fotele w autokarze w pozycji całkowicie pionowej były strasznie niewygodne - w efekcie całą drogę kręciłem się, nie mogąc zasnąć, ani znaleźć wygodnej pozycji. Każda próba opuszczenia oparcia, choćby o centymetr kończyła się natarczywym waleniem w nie, i nakazem podniesienia go spowrotem. Ze względu na to, że opuszczenie oparcia wcale nie było strasznie dokuczliwe dla osoby, siedzącej z tyłu (dziewczyny przed nami miały opuszczone prawie do końca), domniemuję, że zachowanie angielki powodowane było wyłącznie złośliwością. Ponadto, nie miałem ze sobą książki (brakowało mi miejsca w torbie, a wcześniejsze doświadczenia wskazywały, że i tak jej nie otworzę), co spowodowało, że w podróży powrotnej strasznie się wynudziłem i wróciłem do Joensuu trochę zły.
To tyle na temat Laponii, pozostała mi do opisania jeszcze wycieczka z zeszłego czwartku. Na razie czeka mnie nauka w Joensuu - może to i dobrze, bo śnieg i lodowiska się topią, temperatura jest powyżej 0, więc nie wiem, czy jest tutaj coś do roboty w taką pogodę.
Wycieczka rozpoczęła się w piątek i trwała do poniedziałku - głównie ze względu na długi czas podróży - piątek i poniedziałek niemalże w całości spędziliśmy w autokarze. Swoją drogą trochę nie wiem dlaczego nie wyjechaliśmy z Joensuu w nocy - pewnie bylibyśmy wcześniej. Z drugiej strony główną atrakcją Laponii jest przyroda i bezbrzeżne pustkowie, a także możliwości robienia wielu ciekawych rzeczy (np. w lecie rower i piesze wędrówki, w zimie narty i skutery śnieżne). W związku z tym mało jest obiektów do zwiedzania sensu stricte, chodzi bardziej o to, żeby "doświadczyć" tą krainę. Mi się podobało i zamierzam tam jeszcze wrócić na dłużej - na ile pozwoli mi czas i pieniądze. Ze względu na tą specyfikę te kilka dni spędzone w Laponii wystarczyły, choć z pewnością pozostawiły pewien niedosyt.
Dzień pierwszy
W piątek mieliśmy przystanek w Rovaniemi, gdzie widzieliśmy muzeum arktyczne. Część, dotycząca Arktyki jako krainy i przyrody jest przedstawiona interaktywnie - tzn. można dotknąć futra renifera, poczuć mroźny wiatr itd., a informacje przedstawiane są w formie filmów i slajdów. Generalnie wszystko podane dosyć ciekawie, chociaż bez przesady - jakiegoś szczególnego wrażenia na mnie to muzeum nie zrobiło.
Etnograficzna część jest już "tradycyjna" tzn. możemy zobaczyć tradycyjne stroje eskimosów, przedmioty, których używają itd. - generalnie nic specjalnego. Swoją drogą przez cały wyjazd towarzyszyło mi zmęczenie zwiedzaniem i najlepiej wspominam dwa środkowe dni ze względu na aktywne ich spędzenie. Po wizycie w muzeum pojechaliśmy dalej do Hanhimaa - wioski na północy, w której mieliśmy spać.
Nasz "hostel" okazał się być wiejskim domem z dwoma wielkimi pokojami, wypełnionymi łóżkami piętrowymi. W każdym z owych pokoi spało ok. 20 osób, więc o jakiejkolwiek intymności nie mogło być mowy. Z drugiej strony tego typu atmosfera sprzyja imprezom, tym większe było więc moje zdziwienie, kiedy po powrocie z sauny, ok. 1 nic się nie działo. Wszyscy leżeli grzecznie w łóżkach i spali, albo czytali książki - to najdobitniej świadczy o tym, jak męcząca była podróż.
Dzień drugi
Drugiego dnia wszyscy pojechaliśmy do pobliskiego Levi ski resort. Było to jedyne miejsce w okolicy, gdzie możnaby "coś" robić, a ze względu na wielkość kurortu propozycji było dużo. Rankiem, przekonany byłem o bezsensowności wybrania się na narty (przecież to mogę robić w Koli za mniejsze pieniądze!), ale po pieszym wejściu na górę ogarnęła mnie bezgraniczna ochota na zjazd. Została ona zaspokojona następnego dnia. Siedząc w restauracji na szczycie, jedząc przygotowane wcześniej kanapki (Pani była niepocieszona, że nagle weszło 20 osób, zajęło pół restauracji i nic nie zamówiło, jedząc własne produkty) zdecydowaliśmy, że spróbujemy pojeździć na skuterach śnieżnych. Wypożyczenie dwuosobowego wehikułu na 3 godziny kosztowało coś koło 80 euro - biorąc sprzęt na 4 osoby każdy mógł spędzić na nim 1,5h, pokierować przez 45 minut i zapłacić ponad 20 euro - zdecydowaliśmy że kwotę taką możemy zaakceptować. Jak się potem okazało, warto było - jazda jest niesamowitym przeżyciem (szczególnie po zamarzniętym jeziorze z prędkością oscylującą w granicach 100 km/h). Krótki czas podróży pozostawił jednak we mnie pewien niedosyt (może dlatego, że się zgubiliśmy i szukając trasy, wróciliśmy tą samą drogą) i pragnienie wypożyczenia skutera na cały dzień - kiedyś, jak będę bogaty, to powtórzę to doświadczenie:)
Wieczorem, tradycyjna sauna (w zeszłym tygodniu byłem w saunie codziennie prócz poniedziałku - przejąłem już fińskie zwyczaje :)). Tym razem trochę pograliśmy w karty, potem w pijackie gry i położyliśmy się spać dosyć późno - imprezy jednak sensu stricte nie było.
Dzień trzeci
Niedziela przyniosła wizytę w lodowym hotelu i narty:) Na początku trochę irytował mnie długi czas jazdy (z Hanhimaa do lodowego hotelu jechaliśmy ponad godzinę) i zastanawiałem się czy warto tak opóźniać wejście na stok dla kupy śniegu. Jak się później okazało - warto. Lodowy hotel jest corocznie budowany w październiku (albo listopadzie - nie pamiętam) i funkcjonuje do kwietnia. Na początku usypuje się wielką górę, w której następnie drąży się korytarze i pokoje. Są one niewielkie, niemniej rzeźby (szczególnie w najładniejszych z nich) robią duże wrażenie. Ponadto jest tam duży ice bar i restauracja (tym bardziej żałowałem wizyty w klitce w Helsinkach - tutaj naprawdę było dużo przestrzeni). Wszędzie panuje temperatura ok. -5 stopni, ale jak zapewniał nasz przewodnik, wszyscy dobrze śpią, a jedzenie w restauracji i picie w barze jest możliwe. Nocleg w hotelu kosztuje coś koło 125 euro/os. - kiedyś sprawdzę czy miał rację;). Tymczasem trudno jest opisać tą atrakcję - mam sporo zdjęć, ale i one nie oddadzą wrażenia, które wywarła na mnie ta budowla (choć z zewnątrz jest to po prostu góra śniegu).
Następnie, jak już wspomniałem poszedłem na narty. Stoki są znacznie dłuższe niż w Koli, cały kurort obsługuje 17 wyciągów, więc jazda była też znacznie ciekawsza - nie zjeżdzałem jedną trasą więcej niż dwa razy. Widoki z góry, również były niesamowite - przede mną roztaczała się rozległa równina, porośnięta drzewami i poprzecinana gdzieniegdzie jeziorami i rzekami. Poza Levi nie było widać żadnych zabudowań, co również robiło niesamowite wrażenie. Narty na tyle mi się spodobały, że jeździłem od 13 do 20 bez przerwy na posiłek. W konsekwencji, jak tylko wróciliśmy położyłem się na moją tradycyjną, przedimprezową drzemkę (godzina snu między 20 i 21 - prawie zawsze tak robię przed wyjściem, również w Joensuu), z której po kilkudziesięciu minutach obudziły mnie koleżanki (kolacja była już gotowa). Kontynuując sen po kolacji wstałem koło 1 (to najlepiej świadczy o skali zmęczenia), po czym poszedłem do sauny i widząc, że nic się nie dzieje - spać.
Dzień czwarty
W dniu powrotu odwiedziliśmy wioskę świętego Mikołaja i zoo ze zwierzętami arktycznymi. Wioska świętego Mikołaja generalnie okazała się tym, czym się spodziewałem, czyli totalną komercją (najbardziej mi się podobała mi się możliwość podania kilku adresów, pod które św. Mikołaj wyśle listy - za 6 euro). Nie wiem, jaki sens ma podniecanie się przebranym brodaczem i kilkoma domkami z drewna w których są sklepy. Owszem, sam "dom" św. Mikołaja ma jakieś niby atrakcje (tzn. jest ciemno, gra nastrojowa muzyka i są olbrzymie wahadła, sterujące Ziemią), jednak nie jest to nic specjalnego. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy nie dałoby się wybudować pod Lublinem małego centrum handlowego z pamiątkami, posadzić tam przebranego brodacza i głosić wszem i wobec, że tu mieszka "polski" św. Mikołaj ;). Niemniej, jestem pełem podziwu dla zmysłu marketingowego Finów, że z czegoś takiego zrobili wielką atrakcję turystyczną.
Bardziej podobało mi się Ranua Zoo ze zwierzętami arktycznymi. Wybudowane było w sposób, umożliwiający zwierzętom większą swobodę - klatki w dużej mierze są po prostu ogrodzonym siatką terenem, nad którym przerzucono drewniane kładki. Trochę przypomina to "zoo" w Białowieży, jednak w dużo większej skali. Tam właśnie widziałem z bliska misia polarnego, wilka polarnego i renifery. Poza tym mnóstwo innych zwierzątek, między innymi wydrę, która porwała aparat koleżanki, łosia, lisa polarnego i mnóstwo ptaków. Mi najbardziej podobał się chyba lis polarny i niedźwiedź polarny, który z bliska robił duże wrażenie. Jeżeli chodzi o renifery, to mnóstwo farm widzieliśmy po drodze i rzeczywiście nie są one w Laponii niczym szczególnym. Mięsa z tego zwierzęcia jeszcze nie spróbowałem - ale na pewno zrobię to w czasie mojego pobytu tutaj.
Wracając trafiło mi się najgorsze miejsce w autokarze (co wrażliwszych czytelników proszę o przerwanie czytania - ale muszę się wyżyć, a blog wydaje się dobrym miejscem:)) - siedziałem bowiem przed brzydką, grubą i zakompleksioną angielką, która nie dość, że całą drogę się darła piskliwym głosem, to jeszcze nie pozwalała mi opuszczać fotela. Na domiar złego, fotele w autokarze w pozycji całkowicie pionowej były strasznie niewygodne - w efekcie całą drogę kręciłem się, nie mogąc zasnąć, ani znaleźć wygodnej pozycji. Każda próba opuszczenia oparcia, choćby o centymetr kończyła się natarczywym waleniem w nie, i nakazem podniesienia go spowrotem. Ze względu na to, że opuszczenie oparcia wcale nie było strasznie dokuczliwe dla osoby, siedzącej z tyłu (dziewczyny przed nami miały opuszczone prawie do końca), domniemuję, że zachowanie angielki powodowane było wyłącznie złośliwością. Ponadto, nie miałem ze sobą książki (brakowało mi miejsca w torbie, a wcześniejsze doświadczenia wskazywały, że i tak jej nie otworzę), co spowodowało, że w podróży powrotnej strasznie się wynudziłem i wróciłem do Joensuu trochę zły.
To tyle na temat Laponii, pozostała mi do opisania jeszcze wycieczka z zeszłego czwartku. Na razie czeka mnie nauka w Joensuu - może to i dobrze, bo śnieg i lodowiska się topią, temperatura jest powyżej 0, więc nie wiem, czy jest tutaj coś do roboty w taką pogodę.
czwartek, 12 marca 2009
Po 2/3 mojego 10dniowego weekendu:)
Jak pisałem w poprzedniej notce, ostatnio intensywnie zwiedzam Finlandię. Jutro, o 6 rano wyjazd do Laponii, już nie mogę się doczekać, ale chcę również pokrótce opisać kilka poprzednich dni, póki wrażenia są w miarę świeże:). Ich intensywność mnie chyba dziś przytłoczyła nieco, ale na razie powoli zaczynam przezwyciężać zmęczenie. A więc od początku:
Helsinki 6-7 marca
Pomimo, że byłem w Helsinkach już drugi raz w czasie pobytu w Finlandii, zwiedzanie ich dostarczyło mi wiele przyjemności i niewiele atrakcji "zaliczyłem" po raz wtóry. W piątek, po odbiorze mojego gościa - Michała z lotniska pojechaliśmy wraz z Eriką, Kim i Mareiką (koleżankami, które zdecydowały się zwiedzać Helsinki z nami) do Suomenlinny - największej twierdzy morskiej w tej części Europy, znajdującej się na wyspach i do której płynęliśmy promem. Szczerze mówiąc, to właśnie forteca, ulokowana na skalistych wysepkach zrobiła na mnie największe wrażenie. Pogoda była w miarę ładna wieczorem, co pozwoliło docenić naturalne piękno skalistych wysepek. Stare mury, otoczone morzem, ze swoim labiryntem korytarzy robią naprawdę niesamowite wrażenie. Co ciekawe, na wyspie mieszka ok. 850 stałych mieszkańców, co wydaje mi się dziwne, zważywszy na to że prom do miasta kursuje co godzinę/pół godziny i w przypadku spóźnienia (co nam się przytrafiło;)) jest się uwięzionym na wyspie bez możliwości powrotu na stały ląd. Nie wyobrażam sobie życia w takim miejscu i naprawdę podziwiam śmiałków, którzy się na to odważyli. Po kilkugodzinnym bieganiu po skałkach w śniegu po kolana wróciliśmy do hotelu odpocząć, po czym udaliśmy się do lokalnego klubu. Z ciekawych spostrzeżeń, to kompletny brak umiejętności tańczenia u finów - czy muzyka jest szybka czy wolna, ruszają się w ten sam, pokraczny sposób. Ponadto, w barze była bójka i kilka stołów zostało wywróconych, po czym ochroniarze nie wyrzucili nikogo z baru, tylko rozdzielili krewkich imprezowiczów.
Następnego dnia mieliśmy spacer po Helsinkach wg zaplanowanej na podstawie przewodnika trasy (Jest plan i trzeba go zrealizować ;) - Petersburskie motto przyświecało nam i w Finlandii) - zobaczyłem więc wszystkie największe atrakcje, poczynając od katedry, a na niesamowitym pomniku Sibeliusa kończąc. Z rzeczy nieopisywanych wcześniej, warte wspomnienia wydaje się muzeum designu, które na mnie, miłośniku skandynawskiej prostoty, wywarło pewne wrażenie (ograniczone ze względu na mały rozmiar ekspozycji) - moje zamiłowanie do ładnych rzeczy znalazło wyraz w pragnieniu posiadania wielu przedmiotów stamtąd - urządzając własne mieszkanie wybiorę się pewnie do Finlandii, kupić nieco rzeczy z Marimekko czy Artek. Ponadto, widziałem Finlandia Talo - jeden z najważniejszych budynków Alvara Aalto - najważniejszego (przynajmniej z tego co się tutaj mówi) fińskiego architekta XX wieku, stadion olimpijski z wieżą z przepięknym widokiem, kościół i dzielnicę Kallio (w przewodniku napisane było, że ważna, dla mnie było to o tyle interesujące, że spacer tam pozwolił mi naprawdę poczuć atmosferę tego miasta) i wspomniany już pomnik Sibeliusa. Składał się on z wielu (kilkuset?) pospawanych w specyficzny sposób metalowych rur - jego modernistyczna prostota jest ciekawa, choć na pewno zwiedzający, nie będący miłośnikiem sztuki nowoczesnej (;)) będzie zawiedzony. Wieczorem odwiedziliśmy jeszcze Ice bar, który okazał się większą lodówką, za wejście do której zapłaciliśmy 10 euro, więc, jeżeli będziecie kiedykolwiek zastanawiać się czy warto odwiedzić Ice-bar w Helsinkach, odpowiedź brzmi "Nie". Wracając helsińskim tramwajem z wizyty przy pomniku Sibeliusa, poszliśmy jeszcze na prawosławną mszę, zobaczyć wnętrze Soboru Uspieńskiego. Po moskiewskich i petersburskich świątyniach, nie zrobiło to na mnie specjalnego wrażenia, ale mogę powiedzieć, że Sobór Uspieński w Helsinkach został "zaliczony". Więcej ciekawych miejsc, wartych opisania na razie nie pamiętam.
Lahti, 8 marca
Niestety, po wynikach Adama Małysza w Kuopio, żałowaliśmy, że wybraliśmy Lahti na obejrzenie skoków narciarskich, ale i tak było ciekawie. Emocji dostarczyła nam bowiem Justyna Kowalczyk, której fantastyczne zwycięstwo i dekorację mieliśmy okazję oglądać. Niestety, nie grali hymnu, ale poczuliśmy się dumni z naszej biegaczki, kiedy ona widząc polską flagę na trybunach pomachała nam ręką w czasie dekoracji:) Było to niesamowite przeżycie, które wspominał będę bardzo długo. Po dwu-trzygodzinnej przerwie (dokładnie nie pamiętam), w czasie której mieliśmy okazję zjeść kiełbaski i przespacerować się po terenie zawodów, przyszedł czas na serię próbną. Skoki Polaków pozwalały mieć nadzieję na przyzwoity wynik, niestety, zarówno Łukasz Rutkowski, jak i Adam Małysz (przeszli do drugiej serii) spisali się niespecjalnie, zajmując miejsca w trzeciej dziesiątce. Po Polakach kibicowałem oczywiście Finom, niestety, prowadzący po pierwszej serii Harri Olli zepsuł drugi skok i nie dane nam było cieszyć się ze zwycięstwa wraz z gospodarzami. Największą, po Finach grupą narodową na trybunach byli oczywiście wąsaci Polacy, w dużej mierze robotnicy z okolicznych budów. O ile na zawodach nie przynosili nam wstydu swoim dopingiem i jakoś trzymali się na nogach, o tyle po nich musieliśmy się tłumaczyć za nich Niemce i Belgijce, co nie było zbyt przyjemne. Wracając widzieliśmy na dworcu i w mieście mnóstwo pijanych rodaków, obnoszących się ze swoją narodowością i zachowujących się w mało cywilizowany sposób. Nieudolne zamawianie biletów i zataczanie się jestem jeszcze w stanie znieść, ale szczytem wszystkiego było zgubienie polskiej flagi przez jednego z polaczków. Widok polskiej flagi, poniewierającej się po dworcowej podłodze, po której wszyscy chodzą, napełnił mnie wściekłością i z radością i przyjemnością wpierdoliłbym temu kto tą flagę zostawił (niestety nie widziałem chuja). Flagę oczywiście podnieśliśmy i na razie leży u mnie w pokoju i czeka aż będę miał czas ją uprać. Bardzo smutne jest to, że jesteśmy takim narodem i że musieliśmy się wstydzić za Polaków przed Niemką - jednocześnie nie dziwię się innym nacjom, traktującym Polaków z wyższością - jak ktoś sam się nie szanuje nie może wymagać szacunku od innych.
Innym ciekawym spostrzeżeniem był rosyjski skoczek narciarski (wg Michała był to Korniłow), siedzący w dworcowej poczekalni i pilnujący kilku kompletów nart - okazuje się, że rosyjscy skoczkowie (w tym pewnie brązowy medalista z Lahti - Dmitrij Wasiliew) podróżują pociągiem, pewnie dlatego, że nie stać ich na inny środek transportu - trochę to smutne.
Savonlinna - 9 marca
Savonlinna to miasto turystyczne nieopodal Joensuu, mekka wielbicieli sportów wodnych (to było w przewodniku;)). W zimie jednak miasteczko jest puste, wczasowiczów nie widać, a pewnie ze względu na kiepską pogodę (kiepska pogoda tutaj to zachmurzone niebo i ew. śnieg - deszcz tu nie pada, a ładna to mróz i świecące słońce - taka była w niedzielę na skokach), sprawiało ponure wrażenie. Kiedy poprosiliśmy o wskazanie atrakcji turystycznych w okolicy, pani w informacji turystycznej zaznaczyła nam muzeum (które niestety było zamknięte w poniedziałki), twierdzę Olavlinna i wyspę nieopodal. Wyspa rzeczywiście była urokliwa i zapewniała ładny widok na jezioro, natomiast, jak się okazało główną atrakcją miasta jest twierdza Olavlinna. Ze względu na wspomniane już pustki, byliśmy jedynymi zwiedzającymi i przemiła pani przewodnik oprowadzała nas dwóch po muzeum. Jest to ponoć największa atrakcja turystyczna w tej części Finlandii (czego nie dało się zaobserwować) i rzeczywiście wygląda to dość fajnie - sam zamek znajduje się na wyspie, ma grube mury, a jego architektura umożliwia łatwą obronę. Ponadto, jest on całkiem nieźle zachowany, co powoduje, że zwiedzanie jest dosyć długie i przyjemne - widzieliśmy różne izby i poznaliśmy życie codzienne mieszkańców twierdzy. Generalnie, muzeum jak muzeum, nie powiem, żeby zrobiło na mnie jakieś szczególne wrażenie. Nie zmienia to faktu, że Savonlinna w lecie, tętniąca życiem, musi być ciekawym i wartym odwiedzenia miastem - niestety nie będzie mi to dane.
Jyväskylä - 11 marca
Do Jyväskylä udaliśmy się głównie w celu obejrzenia najważniejszych budynków Alvara Aalto i zwiedzenia jego muzeum - to stąd wywodził się słynny architekt. Poza tym w mieście nie ma nic ciekawego - Pani w informacji turystycznej zaznaczyła nam kilka budynków, muzeum i była strasznie zdziwiona, jak jej powiedzieliśmy że mamy 3 godziny czasu (nie wiem czy to tylko czy aż). W każdym bądź razie, muzeum Alvara Aalto było dla mnie interesujące i tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że skandynawski design to jest to czym chciałbym otaczać się w przyszłości. Samo muzeum jest interaktywne i dość ciekawe, z rzutami, zdjęciami i historią najważniejszych budynków, poza tym znajdują się tam fajne meble, zaprojektowane przez niego wraz z żoną Aino (słynna designerka przedmiotów użytkowych). Pokazało mi głównie fakt, jak bardzo genialny architekt wyprzedził swoje czasy - krzesła, podobne do tych, zaprojektowanych przez niego w latach 30 stoją w pokoju w mieszkaniu moich rodziców, a kampus Uniwersytetu w Joensuu, którym tak zachwycałem się w jednym z pierwszych postów jest podobny do tego w Jyväskylä, autorstwa Alvara Aalto. Ponadto, wiele innych budynków, przypominało projekty tego architekta, których prostota jest piękna i nowoczesna. Do dnia dzisiejszego, architektura nowoczesnych budynków w Finlandii jest inspirowana jego projektami.
Poza muzeum i kilkoma budynkami w mieście nie było nic ciekawego, a niestety jako takie jest ono dość szare i brzydkie. Nie żałuję jednak wizyty w nim - warto było pojechać dla samego muzeum i możliwości dowiedzenia się czegoś więcej o najsłynniejszym fińskim architekcie.
PS. Ciekaw jestem, czy ktoś z czytelników doczytał posta do końca;)
PPS. Przepraszam za nieco chaotyczny styl, ale jestem już strasznie zmęczony, a za 3h wstaję na wycieczkę do Laponii, dlatego moją wczorajszą wyprawę do Ilomantsi i Mekrijärvi opiszę w następnym poście - i tak muszę to zrobić, żeby dostać 1 punkt ECTS, przysługujący mi za uczestnictwo w wycieczce.
Helsinki 6-7 marca
Pomimo, że byłem w Helsinkach już drugi raz w czasie pobytu w Finlandii, zwiedzanie ich dostarczyło mi wiele przyjemności i niewiele atrakcji "zaliczyłem" po raz wtóry. W piątek, po odbiorze mojego gościa - Michała z lotniska pojechaliśmy wraz z Eriką, Kim i Mareiką (koleżankami, które zdecydowały się zwiedzać Helsinki z nami) do Suomenlinny - największej twierdzy morskiej w tej części Europy, znajdującej się na wyspach i do której płynęliśmy promem. Szczerze mówiąc, to właśnie forteca, ulokowana na skalistych wysepkach zrobiła na mnie największe wrażenie. Pogoda była w miarę ładna wieczorem, co pozwoliło docenić naturalne piękno skalistych wysepek. Stare mury, otoczone morzem, ze swoim labiryntem korytarzy robią naprawdę niesamowite wrażenie. Co ciekawe, na wyspie mieszka ok. 850 stałych mieszkańców, co wydaje mi się dziwne, zważywszy na to że prom do miasta kursuje co godzinę/pół godziny i w przypadku spóźnienia (co nam się przytrafiło;)) jest się uwięzionym na wyspie bez możliwości powrotu na stały ląd. Nie wyobrażam sobie życia w takim miejscu i naprawdę podziwiam śmiałków, którzy się na to odważyli. Po kilkugodzinnym bieganiu po skałkach w śniegu po kolana wróciliśmy do hotelu odpocząć, po czym udaliśmy się do lokalnego klubu. Z ciekawych spostrzeżeń, to kompletny brak umiejętności tańczenia u finów - czy muzyka jest szybka czy wolna, ruszają się w ten sam, pokraczny sposób. Ponadto, w barze była bójka i kilka stołów zostało wywróconych, po czym ochroniarze nie wyrzucili nikogo z baru, tylko rozdzielili krewkich imprezowiczów.
Następnego dnia mieliśmy spacer po Helsinkach wg zaplanowanej na podstawie przewodnika trasy (Jest plan i trzeba go zrealizować ;) - Petersburskie motto przyświecało nam i w Finlandii) - zobaczyłem więc wszystkie największe atrakcje, poczynając od katedry, a na niesamowitym pomniku Sibeliusa kończąc. Z rzeczy nieopisywanych wcześniej, warte wspomnienia wydaje się muzeum designu, które na mnie, miłośniku skandynawskiej prostoty, wywarło pewne wrażenie (ograniczone ze względu na mały rozmiar ekspozycji) - moje zamiłowanie do ładnych rzeczy znalazło wyraz w pragnieniu posiadania wielu przedmiotów stamtąd - urządzając własne mieszkanie wybiorę się pewnie do Finlandii, kupić nieco rzeczy z Marimekko czy Artek. Ponadto, widziałem Finlandia Talo - jeden z najważniejszych budynków Alvara Aalto - najważniejszego (przynajmniej z tego co się tutaj mówi) fińskiego architekta XX wieku, stadion olimpijski z wieżą z przepięknym widokiem, kościół i dzielnicę Kallio (w przewodniku napisane było, że ważna, dla mnie było to o tyle interesujące, że spacer tam pozwolił mi naprawdę poczuć atmosferę tego miasta) i wspomniany już pomnik Sibeliusa. Składał się on z wielu (kilkuset?) pospawanych w specyficzny sposób metalowych rur - jego modernistyczna prostota jest ciekawa, choć na pewno zwiedzający, nie będący miłośnikiem sztuki nowoczesnej (;)) będzie zawiedzony. Wieczorem odwiedziliśmy jeszcze Ice bar, który okazał się większą lodówką, za wejście do której zapłaciliśmy 10 euro, więc, jeżeli będziecie kiedykolwiek zastanawiać się czy warto odwiedzić Ice-bar w Helsinkach, odpowiedź brzmi "Nie". Wracając helsińskim tramwajem z wizyty przy pomniku Sibeliusa, poszliśmy jeszcze na prawosławną mszę, zobaczyć wnętrze Soboru Uspieńskiego. Po moskiewskich i petersburskich świątyniach, nie zrobiło to na mnie specjalnego wrażenia, ale mogę powiedzieć, że Sobór Uspieński w Helsinkach został "zaliczony". Więcej ciekawych miejsc, wartych opisania na razie nie pamiętam.
Lahti, 8 marca
Niestety, po wynikach Adama Małysza w Kuopio, żałowaliśmy, że wybraliśmy Lahti na obejrzenie skoków narciarskich, ale i tak było ciekawie. Emocji dostarczyła nam bowiem Justyna Kowalczyk, której fantastyczne zwycięstwo i dekorację mieliśmy okazję oglądać. Niestety, nie grali hymnu, ale poczuliśmy się dumni z naszej biegaczki, kiedy ona widząc polską flagę na trybunach pomachała nam ręką w czasie dekoracji:) Było to niesamowite przeżycie, które wspominał będę bardzo długo. Po dwu-trzygodzinnej przerwie (dokładnie nie pamiętam), w czasie której mieliśmy okazję zjeść kiełbaski i przespacerować się po terenie zawodów, przyszedł czas na serię próbną. Skoki Polaków pozwalały mieć nadzieję na przyzwoity wynik, niestety, zarówno Łukasz Rutkowski, jak i Adam Małysz (przeszli do drugiej serii) spisali się niespecjalnie, zajmując miejsca w trzeciej dziesiątce. Po Polakach kibicowałem oczywiście Finom, niestety, prowadzący po pierwszej serii Harri Olli zepsuł drugi skok i nie dane nam było cieszyć się ze zwycięstwa wraz z gospodarzami. Największą, po Finach grupą narodową na trybunach byli oczywiście wąsaci Polacy, w dużej mierze robotnicy z okolicznych budów. O ile na zawodach nie przynosili nam wstydu swoim dopingiem i jakoś trzymali się na nogach, o tyle po nich musieliśmy się tłumaczyć za nich Niemce i Belgijce, co nie było zbyt przyjemne. Wracając widzieliśmy na dworcu i w mieście mnóstwo pijanych rodaków, obnoszących się ze swoją narodowością i zachowujących się w mało cywilizowany sposób. Nieudolne zamawianie biletów i zataczanie się jestem jeszcze w stanie znieść, ale szczytem wszystkiego było zgubienie polskiej flagi przez jednego z polaczków. Widok polskiej flagi, poniewierającej się po dworcowej podłodze, po której wszyscy chodzą, napełnił mnie wściekłością i z radością i przyjemnością wpierdoliłbym temu kto tą flagę zostawił (niestety nie widziałem chuja). Flagę oczywiście podnieśliśmy i na razie leży u mnie w pokoju i czeka aż będę miał czas ją uprać. Bardzo smutne jest to, że jesteśmy takim narodem i że musieliśmy się wstydzić za Polaków przed Niemką - jednocześnie nie dziwię się innym nacjom, traktującym Polaków z wyższością - jak ktoś sam się nie szanuje nie może wymagać szacunku od innych.
Innym ciekawym spostrzeżeniem był rosyjski skoczek narciarski (wg Michała był to Korniłow), siedzący w dworcowej poczekalni i pilnujący kilku kompletów nart - okazuje się, że rosyjscy skoczkowie (w tym pewnie brązowy medalista z Lahti - Dmitrij Wasiliew) podróżują pociągiem, pewnie dlatego, że nie stać ich na inny środek transportu - trochę to smutne.
Savonlinna - 9 marca
Savonlinna to miasto turystyczne nieopodal Joensuu, mekka wielbicieli sportów wodnych (to było w przewodniku;)). W zimie jednak miasteczko jest puste, wczasowiczów nie widać, a pewnie ze względu na kiepską pogodę (kiepska pogoda tutaj to zachmurzone niebo i ew. śnieg - deszcz tu nie pada, a ładna to mróz i świecące słońce - taka była w niedzielę na skokach), sprawiało ponure wrażenie. Kiedy poprosiliśmy o wskazanie atrakcji turystycznych w okolicy, pani w informacji turystycznej zaznaczyła nam muzeum (które niestety było zamknięte w poniedziałki), twierdzę Olavlinna i wyspę nieopodal. Wyspa rzeczywiście była urokliwa i zapewniała ładny widok na jezioro, natomiast, jak się okazało główną atrakcją miasta jest twierdza Olavlinna. Ze względu na wspomniane już pustki, byliśmy jedynymi zwiedzającymi i przemiła pani przewodnik oprowadzała nas dwóch po muzeum. Jest to ponoć największa atrakcja turystyczna w tej części Finlandii (czego nie dało się zaobserwować) i rzeczywiście wygląda to dość fajnie - sam zamek znajduje się na wyspie, ma grube mury, a jego architektura umożliwia łatwą obronę. Ponadto, jest on całkiem nieźle zachowany, co powoduje, że zwiedzanie jest dosyć długie i przyjemne - widzieliśmy różne izby i poznaliśmy życie codzienne mieszkańców twierdzy. Generalnie, muzeum jak muzeum, nie powiem, żeby zrobiło na mnie jakieś szczególne wrażenie. Nie zmienia to faktu, że Savonlinna w lecie, tętniąca życiem, musi być ciekawym i wartym odwiedzenia miastem - niestety nie będzie mi to dane.
Jyväskylä - 11 marca
Do Jyväskylä udaliśmy się głównie w celu obejrzenia najważniejszych budynków Alvara Aalto i zwiedzenia jego muzeum - to stąd wywodził się słynny architekt. Poza tym w mieście nie ma nic ciekawego - Pani w informacji turystycznej zaznaczyła nam kilka budynków, muzeum i była strasznie zdziwiona, jak jej powiedzieliśmy że mamy 3 godziny czasu (nie wiem czy to tylko czy aż). W każdym bądź razie, muzeum Alvara Aalto było dla mnie interesujące i tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że skandynawski design to jest to czym chciałbym otaczać się w przyszłości. Samo muzeum jest interaktywne i dość ciekawe, z rzutami, zdjęciami i historią najważniejszych budynków, poza tym znajdują się tam fajne meble, zaprojektowane przez niego wraz z żoną Aino (słynna designerka przedmiotów użytkowych). Pokazało mi głównie fakt, jak bardzo genialny architekt wyprzedził swoje czasy - krzesła, podobne do tych, zaprojektowanych przez niego w latach 30 stoją w pokoju w mieszkaniu moich rodziców, a kampus Uniwersytetu w Joensuu, którym tak zachwycałem się w jednym z pierwszych postów jest podobny do tego w Jyväskylä, autorstwa Alvara Aalto. Ponadto, wiele innych budynków, przypominało projekty tego architekta, których prostota jest piękna i nowoczesna. Do dnia dzisiejszego, architektura nowoczesnych budynków w Finlandii jest inspirowana jego projektami.
Poza muzeum i kilkoma budynkami w mieście nie było nic ciekawego, a niestety jako takie jest ono dość szare i brzydkie. Nie żałuję jednak wizyty w nim - warto było pojechać dla samego muzeum i możliwości dowiedzenia się czegoś więcej o najsłynniejszym fińskim architekcie.
PS. Ciekaw jestem, czy ktoś z czytelników doczytał posta do końca;)
PPS. Przepraszam za nieco chaotyczny styl, ale jestem już strasznie zmęczony, a za 3h wstaję na wycieczkę do Laponii, dlatego moją wczorajszą wyprawę do Ilomantsi i Mekrijärvi opiszę w następnym poście - i tak muszę to zrobić, żeby dostać 1 punkt ECTS, przysługujący mi za uczestnictwo w wycieczce.
Subskrybuj:
Posty (Atom)