poniedziałek, 26 stycznia 2009

Mój pierwszy mecz hokeja:)

Pożyczyliśmy dziś ze znajomymi kije i trochę pograliśmy:) Trochę się poobijałem, ale strasznie mi się ta gra podoba - wiem już, co będę robił w zimowe wieczory (dotąd tylko jeździłem na łyżwach, za to prawie codziennie). Zdjęć nie ma, bo nie wiedziałem, że będziemy mieli kije:) Jutro idę nabyć swój.

Poza tym trochę o tym, co robiłem w weekend - w sobotę poszliśmy na jezioro i rozpaliliśmy ognisko na lodzie. Może się to wydawać nieprawdopodobne dla kogoś, kto nigdy tego nie robił, ale pod ogniskiem wytwarza się jedynie płytki lejek i pali się ono całkiem dobrze. Poza tym łowiliśmy ryby w przeręblu (jakiś fin - znajomy znajomych znajomych) miał świder do lodu. Spieszę wyjaśnić, że lód miał ok 30-40 cm grubości, a więc nasza wyprawa była całkowicie bezpieczna (można bezpiecznie chodzić po lodzie grubszym niż 10 cm).

W niedzielę z kolei koleżanka zorganizowała "polish dinner" dla znajomych - jedliśmy kotlety schabowe z ziemniakami i ogórkiem i piliśmy polską wódkę. Nawet nie wiecie, jak bardzo brakuje takich potraw na obszczyźnie - było to dla nas prawdziwe święto. Z kolei Niemki i Francuzki były zachwycone polskim jedzeniem.

Zdjęcia z weekendu, jak zgram od siebie i znajomych.

Helsinki trip

W zasadzie powinienem był napisać tego posta już w sobotę, bezpośrednio po powrocie, ale jakoś nie było czasu w weekend. W ogóle ostatnio jestem tu strasznie zajęty, cały czas coś się dzieje, i dlatego już od jakiegoś czasu nie było nowych postów. Ale do rzeczy - czwartek i piątek spędziłem w Helsinkach na krótkiej wycieczce.

Wycieczka (w zasadzie przejazd autokarem) była organizowana przez Samorząd Studentów i kosztowała 30 eur - tyle co ulgowy bilet na pociąg w jedną stronę. W zasadzie był to główny czynnik, który skłonił mnie do uczestniczenia w niej - nie spodziewałem się po Helsinkach niczego nadzwyczajnego. Na szczęście rzeczywistość okazała się zupełnie inna - Helsinki, jako miasto bardzo mi się spodobały. Choć nie są duże, to urokliwy port i uliczki starego miasta robią bardzo pozytywne wrażenie. Nie jest to metropolia w europejskim sensie - brakuje wysokich budynków, a życie miasta sprawia wrażenie znacznie wolniejszego niż w Warszawie. Największym zabytkiem jest Katedra, która robi duże wrażenie (choć nie takie jak moskiewskie świątynie) i wielki Sobór Uspieński. Do tej pierwszej udało mi się wejść do środka, natomiast ten drugi był niestety zamknięty. Architektura starego miasta przypomina nieco Petersburg - co nie jest niczym dziwnym, w końcu miasto najbardziej rozwijane było za czasów carskich. Przed katedrą stoi pomnik Aleksandra II, a gdzieś widziałem również Piotra I, co tym bardziej przypomina carską historię tego miasta. Główną część miasta stanowi urokliwy deptak, na którym spotkaliśmy pijaka, z którym nie dało się porozumieć nawet po fińsku:P (Nie rozumiał: Kiitos! (Dziękuję!) i Mina en puhu suomea! (Nie mówię po fińsku). Ponadto mój fiński przydał się jeszcze następnego dnia, gdy dogadaliśmy się z panem w pizzerii, choć w ogóle nie mówił po angielsku. W takich momentach odczuwam wielką satysfakcję że znam już kilka słów:P. Na nocny spacer po Helsinkach wybraliśmy się w czwartek, więc za bardzo nie skosztowaliśmy nocnego życia miasta - było w miarę pusto, jakkolwiek podświetlenia robią dobre wrażenie i stwierdziłem, że lubię Helsinki nocą. Spacer po mieście i wizyta w porcie wypełniły nam cały pierwszy dzień.

Drugiego dnia odwiedziłem dwa muzea - muzeum sztuki współczesnej Kiasma i muzeum historii naturalnej, a także największą atrakcję Helsinek - kościół w skale. To właśnie on zrobił na mnie największe wrażenie - zdjęcia nie oddają wszystkiego, ale atmosfera wytworzona przez gołe skały jest niesamowita. W ogóle Helsinki bardzo podobają mi się architektonicznie - zarówno najnowsze postmodernistyczne budowle (Kiasma), jak i surowe modernistyczne budynki biurowe i mieszkalne znakomicie komponują się z otoczeniem. Nie uświadczysz w stolicy Finlandii potworków architektonicznych, typowych dla polskich miast, wszystko wydaje się przemyślane i dopasowane do siebie. Nawet bloki mieszkalne wydają się ciekawsze i ładniejsze niż w Polsce. Być może ten zachwyt wynika z mojego zafascynowania skandynawską architekturą, niemniej estetyka Helsinek nie jest zepsuta przez dziwne konstrukcje. Z drugiej strony nie brakuje budynków ciekawych, które jednak znakomicie wpisują się w otoczenie i nie kontrastują z zabytkowymi sąsiadami.

Muzeum sztuki współczesnej w zasadzie mi się podobało, choć w pewnym momencie poziom abstrakcji przekroczył moje granice zrozumienia. Niemniej niektóre koncepcje (najciekawsze uwiecznione na zdjęciach) były niezwykle interesujące. W muzeum historii naturalnej poczuliśmy się jak dzieci, dotykając futer renifera i bawiąc się różnego rodzaju eksponatami (można było). Jak na taką placówkę przystało muzeum jest bardzo interaktywne i poza dokładnymi makietami i szkieletami różnych zwierząt oferuje możliwość powąchania odchodów czy dotknięcia futra leśnych ssaków.

Po napisaniu tego posta doszedłem do wniosku, że Finowie są jednak estetami - moje spostrzeżenia, dotyczące architektury w Helsinkach można w dużo mniejszej skali zastosować również w Joensuu. Ich upodobanie prostoty jest mi niezwykle bliskie - pewnie dlatego tak lubię skandynawski design, zwłaszcza jeżeli chodzi o architekturę i wnętrza.

To tyle, zdjęcia wkrótce na Picasie (na razie nie chcę mi się zgrywać). Piszcie co tam u Was i jak sesja:)

środa, 21 stycznia 2009

Atak keynesistów

Dziś będzie mało wyjazdowo - bardziej garść moich osobistych przemyśleń na tematy społeczno-ekonomiczne.

W czasach kryzysu (domniemanego?) szczególnym zainteresowaniem cieszą się proste rozwiązania, które spowodują rozwiązanie wszystkich problemów gospodarki. Pisząc przed kilkudziesięcioma minutami esej nt. przyczyn i skutków kryzysu rosyjskiego 1998 z zaskoczeniem przyjąłem pozytywne oceny polityki rosyjskiego banku centralnego po kryzysie - to był atak pierwszego keynesisty w dniu dzisiejszym. Otóż po ponownym powołaniu na prezesa CBR (btw. strona CBR wygląda gorzej niż Wirtualny Dziekanat SGH) pod koniec 1998 Wiktora Geraszczenko nastąpiło znaczne poluzowanie polityki monetarnej, a CBR skupił się na utrzymywaniu niskiego kursu rubla względem dolara, w celu utrzymania konkurencyjności przedsiębiorstw. Tym razem się udało - inflację ustabilizowała się na względnie niskim (choć wciąż dwucyfrowym) poziomie, a gospodarka kwitła. W jednym z paperów, czytam, że "Serious inflationary consequences were only averted due to the coincidence of rising budget surpluses and increasing monetization.". Brzmi rozsądnie - restrykcyjna polityka fiskalna obniża inflację, a rosnąca monetyzacja (tak to się tłumaczy?) oznacza, że coraz więcej przedsiębiorstw i osób prywatnych używa gotówki w swoich rozliczeniach (zaraz po kryzysie większość wymiany między przedsiębiorstwami odbywała się na zasadzie barteru). O ile, obniżanie inflacji przez zaostrzanie polityki fiskalnej można było przewidzieć (i w związku z tym pozwolić sobie na bardziej restrykcyjną politykę monetarną), o tyle rosnąca monetyzacja gospodarki była dla CBR jak prezent od świętego Mikołaja, który pozwolił uniknąć wyższej inflacji. Co więcej, myślę, że w tak politycznie niestabilnym środowisku - jakim była Rosja po kryzysie 1998, balansowanie na granicy hiperinflacji było bardzo niebezpieczne - jeden nieodpowiedzialny rząd, który wyłamał by się z anty-inflacyjnej "umowy społecznej" i nieszczęście w postaci hiperinflacji (i jej skutków, włącznie z powtórką sierpnia 1998) spadłoby na rosyjską gospodarkę. Dlatego dziwi mnie pochwała niektórych badaczy dla tej polityki, która szczęśliwie nie wyrządziła większych szkód. Niedostrzeganie zagrożeń, z niej wypływających jest typowe dla pierwszego Keynesisty, który zaatakował mnie w dniu dzisiejszym.

Zmiana polityki fiskalnej po kryzysie rosyjskim opierała się z kolei na jej zacieśnieniu. Nieodpowiedzialne rozdęcie deficytu budżetowego było podstawową przyczyną bankructwa Rosji i wynikających z tego problemów. W pokryzysowej polityce głównym źródłem oszczędności był podatek inflacyjny (świadczenia społeczne i pensje w sektorze publicznym nie rosły nominalnie, pomimo inflacji). Ponadto na szybkie osiągnięcie nadwyżki budżetowej wpłynęło uproszczenie podatków przez Putina (podatek liniowy 13%, rezygnacja z ulg), prezent w postaci monetyzacji (przy wymianie barterowej między przedsiębiorstwami łatwiej było uniknąć podatku) i oczywiście wzrost cen surowców. Restrykcyjna polityka fiskalna była możliwa do przeprowadzenia ze względu na "anti-inflationary consensus" i jednomyślną zgodę wszystkich partii politycznych na nie zwiększanie wydatków budżetowych. Pozwoliła ona zwiększyć wiarygodność Rosji w oczach inwestorów (do czego w dużej mierze przyczyniło się ustabilizowanie inflacji). Ponadto, w gospodarce zaobserwowano "'crowding-in' effect", polegający na tym, że wobec niskiej emisji bonów skarbowych, przedsiębiorstwa zwiększały inwestycje, nie mogąc osiągnąć wysokich stóp zwrotu z aktywów finansowych. Wszystko to razem doprowadziło do szybkiego wzrostu gospodarczego i odrodzenia się Rosji po kryzysie.

Dlaczego o tym piszę? Patrząc na tłumy, wiwatujące na cześć Obamy myślę, że duża część osób wierzy w proste rozwiązania, które zaproponował. Tłum, zgromadzony przed Białym Domem, wierzy, że dzięki inwestycjom publicznym wszystkim będzie żyło się lepiej. Dlaczego tego typu polityka niczego nie zmienia dość jasno wyjaśnia Greg Mankiw na swoim blogu, a także artykuły, które cytuje, ja natomiast chciałbym się skupić na pewnych implikacjach, które wynikają z doświadczeń kryzysu rosyjskiego dla Polski w obecnym czasie. Jakkolwiek, sytuacja obecnie jest zupełnie inna (na szczęście:):)) można zaobserwować pewne zależności, które pokazują, dlaczego państwo wcale nie powinno zwiększać swojej roli w gospodarce. Ekspansja fiskalna nie przyniesie niczego dobrego, gdyż w obliczu napływu środków z funduszy strukturalnych, efektywne wydanie dodatkowych pieniędzy stanowiłoby nie lada problem (nieefektywne wykorzystanie nie ma sensu, gdyż nie podnosi dobrobytu). Tymczasem, zacieśnienie polityki fiskalnej może pomóc Polsce w odzyskaniu zaufania zagranicznych inwestorów i w konsekwencji umocnienia się osłabiającej złotówki i złagodzenia negatywnych skutków kryzysu dla polskiej gospodarki. Tym, czego potrzebujemy jest w tym momencie redukcja deficytu budżetowego - zwiększanie go w tym momencie ogranicza pole manewru w razie potencjalnych, większych problemów.

To tyle nocnych przemyśleń. Dobranoc:)

poniedziałek, 19 stycznia 2009

Więcej zdjęć

Zamieściłem więcej zdjęć na Picasie - kto czuje niedosyt może pooglądać:)

Uniwersytet

Wycieczka nad jezioro

Poza tym dziś kupiłem narty z wiązaniami w second-hand shopie za 6 euro i buty do nich za 2,50 :) Więc do czegoś te sklepy się jednak przydają - w sobotę jadę na stok wypróbować. Ponadto stwierdziłem, że najwyższy czas na nabycie kija do hokeja - jutro idę znaleźć odpowiedni model, a wieczorem pierwsza próba gry:)

Poweekendowo:)

Myślę, że koniec weekendu jest dobrą porą na napisanie nowej notki i dodanie kilku zdjęć z fińskim klimatem. Wczoraj, z okazji soboty, wybrałem się na spacer po jeziorze. Uprzedzając obawy, i zarzuty nieodpowiedzialności, podkreślę na początku, że lód na jeziorze jest dość gruby i chodzenie po nim jest bezpieczne:) - potwierdzają to okoliczni mieszkańcy i nasze doświadczenia:P

Spacer rozpoczął się od rynku w Joensuu...




Jak widać na zdjęciach nic specjalnego na nim nie ma, niemniej uważam, że miasteczko ma swój urok. Wielki miejski termometr pokazywał -11, co jest średnią temperaturą ostatnich dni i już nie budzi w nas (studentach Erasmusa) większych emocji - ja nawet polubiłem to charakterystyczne szczypanie w twarz i w niczym nie przeszkadza to w spacerze. Pierwszym punktem wycieczki był ogród botaniczny, który z racji swojego położenia nad jeziorem doskonale nadawał się do rozpoczęcia spaceru. Okazał się on wielką szklarnią, w której było jednak dosyć ciepło i przyjemnie, a gęsto nasadzone rośliny wywoływały charakterystyczny, leśny zapach i specyficzną atmosferę. Największą atrakcją ogrodu jest wielka biała papuga, która przez cały czas krzyczała do nas "Terve!" ("Dzień dobry!") Poza tym, jak widać na zdjęciach w ogrodzie jest dużo gatunków roślin tropikalnych, na których gdzieniegdzie wisiały owoce (Oparliśmy się pokusie ich zerwania i zjedzenia). Mi najbardziej podobała się sala z różnymi rodzajami kaktusów.






Generalnie ogród botaniczny w Joensuu nie jest super ciekawy, znacznie bardziej podobały mi się widoki z jeziora. Joensuu jest miastem położonym w Karelii, a więc rejonie słynącym z wielkich i pięknych jezior. Na wszelkich spotkaniach wyjaśniano nam, że "Joensuu" znaczy "Usta rzeki" i rzeczywiście tak jest. Miasteczko położone jest po dwóch stronach rzeki przy jej ujściu do jeziora Pyhäselkä. Jezioro ma powierzchnię 361 km2 (Dla porównania Śniardwy 113 km2), więc jest dosyć duże. Ze względu na dużą ilość wysp na początku nie robi jednak wrażenia, którego się po nim spodziewałem - może wszedłem na nie od złej strony. W każdym bądź razie otoczone jest dzikimi lasami i już nie mogę się doczekać, jak będę mógł pojeździć po nim na rowerze (mam nadzieję kupić w przyszłym tygodniu) i docenić jego urok. Tymczasem kilka zdjęć - typowe fińskie domki nad jeziorem i próba pokazania jego wielkości.






W przyszłym tygodniu pewnie wybierzemy się większą ekipą na jakąś dalszą wyprawę - okoliczne trasy do nart biegowych i zamarznięte jezioro kuszą, żeby lepiej poznać okolicę.

piątek, 16 stycznia 2009

Pierwsze fotki

Dzisiaj wstawię kilka zdjęć z uczelni:) nie będę wstawiał pokoju, bo nie ma w nim nic ciekawego:P




To główny budynek uczelni


A to rowery przed nim:)



Tu też mam zajęcia


To jedna z głównych atrakcji turystycznych Joensuu - miedziana rzeźba lisa:)


A to przykład, że nie tylko polska policja jest niedofinansowana

Myślę, że zdjęcia fajnie oddają też klimat skandynawskiego miasta zimą - taka pogoda tu jednak przeważa (tzn. duży mróz, bezchmurne niebo), słońce jest nisko i wszędzie biało.

Oczywiście, pisząc o imprezach zaczynających się o 18.30 miałem na myśli biforki - do klubów idziemy koło 22-23. Co dla mnie i tak jest wczesną porą, zważywszy na to, że w Warszawie zaczyna się to koło 22.

czwartek, 15 stycznia 2009

Nareszcie udało mi się odkopać laptopa spod stosu butelek, pozostałych po przedwczorajszej biforce. To piwo tutaj jest w takich małych buteleczkach i ma tak mało procent, że przeciętnie pijemy 6-7 na osobę przed wyjściem. Mnożąc to przez 8 czy 9 obecnych osób, możecie sobie wyobrazić, że wykopanie komputera nie było łatwym zadaniem, no ale dałem radę;)

Miałem napisać tą notkę już wczoraj, ale nie dałem rady nawet włączyć komputera pomiędzy zajęciami i wyjściem. Może to i dobrze, przynajmniej jest więcej opisywania. Dzisiaj poszedłem na swój drugi wykład na uczelni - trochę przysypiałem co prawda (wróciłem wczoraj po 5 - po to mi między innymi rower:)) ale fińskie rześkie powietrze (dziś już -7:D) szybko mnie orzeźwiło i jak tylko wykład się skończył Morfeusz uciekł do cieplejszych krajów, a ja mogłem udać się do centrum - do banku i na targ. Pani w banku niestety średnio władała angielskim, a poza tym chciała mi wcisnąć konto bez karty. Nie mogła zrozumieć, po co mi karta do bankomatu, skoro i tak mogę wypłacać pieniądze na dole w okienku (już zapomniałem jak to się robi), a poza tym na pewno mam jakąś polską kartę i przecież mogę używać jej do wypłacania pieniędzy z bankomatu. Na szczęście udało mi się wytłumaczyć jej, że chcę kartę i mam nadzieje w przyszłym tygodniu moje konto będzie już działać. Poszedłem też na rynek - nigdy nie byłem w centrum tak wcześnie i dzisiaj dopiero zobaczyłem, że na centralnym placu miasta odbywa się bazar. Można tam kupić prawie wszystko - ubrania, jedzenie, zabawki czy art. papiernicze - nie różni się to zbytnio od targu w Polsce. Odniosłem swój pierwszy mały sukces - udało mi się dogadać ze sprzedawcą po fińsku, z czego jestem niezmiernie dumny:P

Wykłady (zarówno dziś i wczoraj) jak wykłady - nic nadzwyczajnego, poza tym za dużo nie da się chyba powiedzieć po dwóch. Pożyjemy, zobaczymy. Wiem już natomiast, że za bardzo fińskiego się tu na zajęciach nie nauczę:( Niestety, w grupie jest 60 osób (nawet jak się kilkanaście wykruszy to nic się nie zmieni), a typ zadań taki jak zazwyczaj na zajęciach językowych. Tzn. robimy jakieś trywialne zadanie, potem je strasznie powoli sprawdzamy. Albo "no to teraz porozmawiajcie sobie po fińsku w parach"! Oczywiście, każdy rozmawia, tylko że niekoniecznie po fińsku i już raczej na pewno nie mówi ile ma lat, albo gdzie mieszka. Więc generalnie na sali panuje chaos, a kobieta chociaż się stara, to nie jest w stanie nad nami zapanować. W konsekwencji półtorej godziny jest wykorzystane średnio efektywnie. Co więcej, fińskiego jest tylko 15 godzin, a i to z przerwami (podobno następne zajęcia mamy dopiero w lutym), co jest zaprzeczeniem jakichkolwiek zasad nauczania języka obcego. Generalnie jestem strasznie zły, że uczelnia potraktowała nas w ten sposób - najpierw zachęcają do nauki fińskiego, a potem nie mogą poświęcić nam tyle czasu, żeby to miało jakikolwiek sens. No ale nic, najprawdopodobniej skończy się to jakimś prostym testem i 3 ECTS do przodu. Szkoda tylko, że nic nie wynieśliśmy z tych zajęć...

Środek tygodnia okazał się imprezowy - mieliśmy 2 imprezy z rzędu, co powoduje, że dziś jestem już nieco zmęczony. Poza tym tu (w Finlandii?? czy na Erasmusie? - nie wiem) imprezy zaczynają się bardzo wcześnie - my byliśmy wczoraj umówieni na 18.30. Powoduje to, że zaraz po zajęciach trzeba się przygotowywać do imprezy i nie ma na nic czasu. We wtorek po kilku piwach podjąłem próbę rozmowy z Niemkami po niemiecku - jak dowiedziały się że się uczyłem, to chciały używać swojego ojczystego języka. Jej reakcje na mój niemiecki ("Oh, it's so cute!") świadczą o tym że prawie wszystko już niestety zapomniałem, ale cóż, życie...

Poza tym wróciły mrozy i śnieg:) Jeszcze nigdy tak się nie cieszyłem z powrotu ujemnej temperatury. Poza tym pada piękny biały puch, więc będziemy mieli nastrojowe jeżdżenie na łyżwach wieczorem.

@Iza: Rower mi teraz potrzebny, żeby jeździć na wycieczki do lasu czy po jeziorze i wracać z imprez. Poza tym wiesz, jak tu komunikacja kursuje - często trzeba użyć jakiegoś innego środka transportu. Boję się, że potem nie będę miał już czasu szukać roweru, a poza tym niczego już nie będzie do wyboru.

PS. Zaobserwowałem, że są dwa rodzaje second-handów - tanie (takie jak opisywałem) i trochę droższe, gdzie są rzeczy lepszej jakości. Generalnie wybór tego typu rzeczy i sklepów jest znacznie większy niż w Polsce.

poniedziałek, 12 stycznia 2009

Biblioteka & fiński Second Hand

Dzisiaj z rana wyruszyłem i na poszukiwanie używanych rzeczy w sklepach typu "second hand". Tutaj wygląda to tak, że jest wielki magazyn, w którym wykładane są rzeczy, które normalni ludzie wynoszą do śmietnika. Jest wszystko - rowery, meble, naczynia, zabawki, ubrania, w stanie delikatnie mówiąc pozostawiającym wiele do życzenia. Ubrania są często poplamione i tak znoszone, że nawet po domu bym ich nie założył. Rowery, które oglądałem, co prawda były tanie (5-20 eur), ale niestety ich stan nie gwarantował nawet dojechania do domu. W większości były poprzebijane dętki, pourywane linki od przerzutek i hamulców, poszczerbione korbowody, a ramy były zardzewiałe. Co ciekawe, nie udało się znaleźć roweru za trochę więcej (przyjmijmy 40-50 eur), ale w stanie nadającym się do użytku - może zostały już wykupione, a może po prostu nikt ich nie sprzedaje. Trochę mnie przeraża myśl o kupieniu roweru za 5 czy 10 eur i zainwestowaniu 30 w doprowadzenie go do stanu używalności, ale niestety chyba tak będę musiał zrobić. Tomek (który jest w naszej grupie i którego poznałem już pierwszego dnia w Joensuu) zarezerwował 1 za 10 euro, ale schodziło powietrze z kół,a przerzutki i hamulce nie działały. Większość osób wypożycza rowery - są one w trochę lepszym stanie, ale i tak psują się średnio co 2-3 dni. Co prawda, są bezpłatnie naprawiane przez pracowników firmy wypożyczającej, ale jeżdżenie na rowerze w którym za chwilę coś się znowu zepsuje jest średnią przyjemnością. Poza tym rower kupiony za kilka-kilkanaście euro w razie czego można wyrzucić gdzieś w krzaki i wrócić piechotą, a wypożyczony trzeba zwrócić. Poza tym myślę o zakupie nart biegowych - jest to popularny sport tutaj i fajny sposób na zwiedzanie kraju - ale jeszcze pomyślimy nad tym ze znajomymi.
Myślę że tego typu sklepy są kolejnym, po specyficznym sposobie picia wódki (straszne ukrywanie butelki, żeby broń boże nikogo nie poczęstować) potwierdzeniem skąpstwa Finów. Zarabiając kilka tysięcy euro miesięcznie, Finowie kupują rzeczy, które w biednej Polsce wyrzuca się na śmietnik. Owszem, czasami udaje się znaleźć coś w porządnym stanie, ale najczęściej te rzeczy wyglądały tragicznie, a kosztowały naprawdę grosze (np. łyżwy - 3 eur, dla porównania pizza - 5 eur, niesmaczny obiad w studenckim barze ze zniżką - 2,5 eur). Nie wiem, może to kwestia dbałości o środowisko, może oszczędności, w każdym bądź razie gdybym był Finem, raczej bym się tam nie zaopatrywał (nawet w Polsce, kupując rzeczy używane, szukam produktów lepszej jakości).

Drugie spostrzeżenie, tym razem pozytywne, związane jest z wizytą w bibliotece. Zgodnie z przewidywaniami (jakkolwiek optymistycznymi) znalazłem 2 książki, które chciałem przeczytać, a których w Polsce nie można wypożyczyć, ani nie ma ich w PDFie. Bez problemu udało mi się zabrać je do domu na miesiąc, więc mam nadzieję przez 6 miesięcy odpocznę od czytania książek na komputerze. Poza tym, mam z domu, na uczelniany login i hasło dostęp do wszystkich baz naukowych (najbardziej interesujące dla mnie to JSTOR i ScienceDirect), ale jestem pewien, że bez trudu znajdę również inne, potrzebne papery w formie elektronicznej. Biblioteka SGH niestety przegrywa z tą w przedbiegach i uważam, że jest to jeden z czynników, przez które polskie uczelnie jeszcze długo będą okupować ostatnie miejsca wszelakich rankingów (choć nie ma co narzekać, 15 lat temu bez internetu to dopiero było ciężko:)).

Trzecia sprawa to odwilż - niesety dzisiaj, pierwszy raz od mojego przyjazdu tutaj zaczął topnieć śnieg. Przez to ulice zrobiły się czarne, a więc już nie wyjdą takie ładne zdjęcia (musicie jeszcze poczekać;)), a poza tym jest nieprzyjemnie, bo wszędzie jest dużo wody. Mam nadzieję, że mrozy szybko wrócą.

Na razie tyle, wieczorem idę wypróbować okoliczne lodowiska:)

@Iza: Finów też na razie poznałem tylko 4. W środę mam zajęcia, Procesy Stochastyczne (co prawda robiłem to na sghu, ale po pierwsze w 100% wszystkiego nie zrozumiałem, po 2 moja jedyna możliwość kontaktu z troszkę bardziej skomplikowaną matematyką na uczelni, po 3 chcę zobaczyć jak to robią tutaj, a po 4 procesów stochastycznych nigdy za wiele:)), więc może jakichś poznam. Dziś był tylko Finnish I w 60-osobowej grupie (!), więc niestety jeszcze nie:P.

niedziela, 11 stycznia 2009

Ok, więc teraz pierwszy post z Joensuu:)

Przyjechałem tu w poniedziałek, i od razu zaskoczyło mnie to, że jest tu dużo śniegu, a ulice są nieodśnieżane - nadmiar śniegu jest tylko zgarniany przez pługi. Powoduje to że jest strasznie ślisko na ulicach, ale i tak jest mało samochodów, więc specjalnie to nie przeszkadza. Ja na razie poruszam się autobusem (który jest b.drogi - bilet miesięczny kosztuje 40 eur, a jeden przejazd 3 eur) i rzadko jeździ, ale głównym moim środkiem transportu już wkrótce będzie rower - wszyscy tu jeżdżą w ten sposób, pomimo zimy, co również jest zaskakujące. Widok stojaków, oblepionych
zaśnieżonymi rowerami robi dziwne wrażenie i trochę mnie przeraża, ale będę musiał przywyknąć - zresztą nie będzie to trudne, bo już teraz kiedy na dworze jest powyżej -5 to już mówimy że jest ciepło, więc chyba dam radę się przyzwyczaić. Joensuu to małe (w sensie liczby ludności) (wg wikipedii ok. 60 tys.) miasteczko, ale rozległe obszarowo. Mój pokój jest ok. 5km od centrum, a w mojej dzielnicy mieszka dużo więcej studentów z wymiany, więc nie jest tak źle - często spotykamy się u kogoś i tam rozpoczynamy imprezy. Zresztą drugie duże skupisko "Erazmusów" również znajduje się daleko od centrum, tylko, że z drugiej strony miasta - mieszkanie bliżej uczelni jest luksusem, za który musielibyśmy sporo więcej zapłacić. Poza tym jest dużo lasów, zieleni, lodowisk i basenów. W związku z tym będzie gdzie chodzić na spacery - dzisiaj np byliśmy nad jeziorem i lepiliśmy bałwana:D W zeszłym tygodniu - od
środy na uczelni mieliśmy orientation week - specjalne wykłady, wprowadzające nas w życie uczelni i miasteczka. Najbardziej interesujący był policjant - jego odpowiedź na pytanie "Czy za jeżdżenie na rowerze bez światełka grozi jakaś kara?" brzmiała "No tak, możecie dostać mandat, ale jak powiecie, ze przed chwilą Wam się wyczerpały baterie, albo się zepsuło, to dostaniecie co najwyżej upomnienie." albo "Czy za jeżdżenie na rowerze po pijanemu grożą jakieś konsekwencje? " Odp: "Generalnie nie ma limitu alkoholu we krwi jeżeli chodzi o rowery, o ile nie jedziecie wężykiem całą szerokością jezdni, nic wam nie grozi, w przeciwnym wypadku możecie dostać mandat." To jest drugi powód, dla którego muszę sobie kupić rower - autobusów nocnych nie ma, a wracanie z imprez na piechotę średnio mi się uśmiecha. Jak na razie to prawie codziennie się spotykamy na jakieś piwo, a raz na 2-3 dni większa impreza, w przyszłym tygodniu z tego co widzę zacznie się prawdziwy "Erasmus" - mamy imprezy we wtorek i środę, a myślę że i w weekend coś będzie. Więc generalnie wracam do czasów licealnych, a nawet tu imprezuje częściej - czuje się klimat wakacyjny na razie, ciekawe co będzie jak się zaczną zajęcia. System studiowania tutaj polega na tym, że nie ma sesji sensu stricte, tylko przedmioty składają się z bardzo intensywnych wykładów, które trwają tydzień - dwa (jeżeli wykładowca przyjeżdża gościnnie z jakiegoś innego uniwersytetu, ew. 2 miesiące po 2 razy w tygodniu, a po takim kursie odbywa się egzamin. W związku z tym mam nadzieję wyrobić sobie te 30 ECTS w miarę wcześnie, i potem trochę intensywniej pozwiedzać.
Faktem jest, że oferta przedmiotów ekonomicznych jest tutaj bardzo
skromna i w związku z tym nie spodziewam się jakiegoś strasznie
pracochłonnego semestru (będę miał znacznie mniej matematyki niż na
SGH, bo po prostu nie ma z czego wybierać), a więcej przedmiotów
"społecznych" czy opisowych. Zrobię sobie tu trochę takie "Russian
studies" - uczelnia ma taką ścieżkę "Karelia, Russia and Baltic Area"
i myślę że spokojnie uda mi się już ukończyć, zwłaszcza że wlicza się
do niej "Finnish I", na który się zapisałem. Już w czasie "Orientation
Week" mieliśmy kurs "survival finnish", więc trochę spotkałem się już
z tym językiem, który jest trudny i dziwny, ale nawet mi się podoba.
Niestety, ciężko liczyć że w czasie 15-godzinnego kursu w kilkudziesięcioosobowej grupie uda mi się czegokolwiek nauczyć, no ale to się jeszcze okaże. Ciekaw jestem, jak wygląda to w przypadku innych przedmiotów, ale nie spodziewam się wysokiego poziomu nauczania.

Już od początku zajęli się nami tutorzy - Janne i Juho, którzy
pomagali nam załatwiać różne formalne rzeczy i zorientować się jak
wygląda miasto. Siłą rzeczy, to z nimi na początku wychodziliśmy na
piwo i nieco lepiej się znamy w ramach naszej grupy, w której są 3
Francuzki, 2 Niemki i 3 Polaków. W ogóle, jak wyszło na wczorajszej
"Get to know each other party" największą grupą studentów z wymiany są
Polacy, co jest trochę denerwujące:P Ale co zrobić, w sumie jesteśmy
największym narodem w tej części Europy, a wydaje mi się zrozumiałe,
że Polacy częściej chcą wyjeżdżać niż obywatele innych dużych krajów.

Jeżeli chodzi o Finów to oni są nieco dziwni. Potwierdzają to zarówno
moje spostrzeżenia na wczorajszej imprezie, jak i doświadczenia
koleżanek z fińskimi współlokatorami. Generalnie są zamknięci w sobie
i nieskorzy do pomocy (nie licząc niektórych tutorów, a poza tym
średnio chcą się z nami zapoznawać). Z naszej pozycji wyglądało to
trochę jakby byli zarozumiali.

Z innych ciekawych rzeczy, których dowiedziałem się podczas
orientation week jest pokaźna ilość wycieczek, z których będę chciał
skorzystać (już się zapisałem na jedną do Helsinek), poza tym na pewno
chcę pojechać do Laponii i na 100% do Kuopio na Małysza:D (Fakt już
nie skacze jak kiedyś, ale zawsze). Poza tym, Finowie mają mnóstwo
dziwnych zwyczajów (np. alkohol mocniejszy niż piwo można kupić tylko
w specjalnych "Alko" shopach), czy w niedziele jest wszystko
pozamykane. Ponadto, kilka dni temu, fińska zima mnie pokonała i też
byłem chory przez kilka dni, no ale teraz już jest w miarę w porządku
i mam nadzieję że już jutro będę mógł wrócić do aktywności również
sportowej (moje z trudem upchnięte łyżwy na razie czekają na poprawę
stanu zdrowia)

Poza tym strasznie podoba mi się architektura uczelni i co niektórych
budynków - ale ja ogólnie lubię skandynawski design i to się wpisuje w
te proste formy. Np jakiś czas temu mieliśmy zajęcia w sali, która
wyglądała na kompletnie niewykończoną - rury wiły się pod sufitem a
poza tym nieotynkowane cegły i beton - ma to swój urok. Jeżeli chodzi
o mój pokój, to mieszkam w takim 3 pokojowym mieszkaniu wraz z innym
Polakiem i Belgiem, aczkolwiek z nimi na razie nie miałem okazji za dużo
porozmawiać - za dużo się dzieje.

Zdjęcia mam nadzieje za kilka dni.

Po co blog?

Założyłem bloga, którego będę pisał, w czasie swojego pobytu na stypendium w fińskim mieście Joensuu - dzięki niemu, kto chce, może się dowiedzieć co słychać.